— Chciałabym, żebyś nie musiała tego przeżywać.
— Ja też.
Po południu złożyłyśmy zawiadomienie na policji.
Opowiedziałam o groźbach Marcina, a mama o popchnięciu i zachowaniu Krystyny.
Przekazałyśmy kopie dokumentów medycznych i wskazałyśmy materiały, które mogły mieć znaczenie dla sprawy.
Nie oczekiwałam, że wszystko rozwiąże się natychmiast.
Chciałam, żeby od tego dnia istniał oficjalny zapis tego, co się wydarzyło.
Nie tylko moje słowo przeciwko słowu męża.
Nie tylko opowieść, którą Krystyna mogłaby nazwać rodzinnym nieporozumieniem.
Fakty.
Daty.
Dokumenty.
W piątek rano spotkałam się z adwokatką specjalizującą się w prawie rodzinnym.
Nazywała się mecenas Katarzyna Nowicka.
Miała spokojny głos i zwyczaj słuchania do końca, zanim zadała pytanie.
Przyniosłam jej kopie dokumentów, wydruki wiadomości, historię naszych finansów i szczegółowy opis wydarzeń z ostatnich dni.
Przez ponad godzinę analizowała materiały.
W końcu odłożyła długopis.
— Pani Anno, musimy rozdzielić trzy sprawy. Bezpieczeństwo pani i dzieci, ewentualne nieprawidłowości finansowe oraz postępowanie rodzinne.
Kiwnęłam głową.
— Czy Marcin może odebrać mi dzieci?
— Może wystąpić do sądu z odpowiednim wnioskiem. Ale to nie oznacza, że sąd się do niego przychyli. O miejscu pobytu dzieci i kontaktach decyduje się na podstawie ich dobra, a nie samych oskarżeń jednego z rodziców.
Poczułam, że po raz pierwszy od dwóch dni mogę swobodniej oddychać.
— A ten dokument dotyczący psychiatry?
Mecenas dokładnie go obejrzała.
— Nie wygląda na dokument, który sam w sobie daje komukolwiek prawo do umieszczenia pani w szpitalu. Będziemy ustalać, kto go sporządził i w jakim celu. Proszę jednak pamiętać, że mąż nie może samodzielnie zdecydować o pani przymusowej hospitalizacji.
To była ważna informacja.
Groźba Marcina brzmiała przerażająco właśnie dlatego, że nie znałam procedur.
Liczył na mój strach.
Mecenas zaleciła zabezpieczenie korespondencji, zmianę haseł do kont, do których Marcin nie powinien mieć dostępu, oraz kontakt z bankiem w sprawie uprawnień firmowych.
Omówiłyśmy również możliwość wystąpienia o zabezpieczenie sytuacji dzieci na czas postępowania.
Nie obiecywała szybkiego zwycięstwa.
Nie mówiła, że jeden dokument rozwiąże wszystkie problemy.
Zamiast tego przedstawiła plan.
Po dwóch dniach chaosu plan był czymś niezwykle cennym.
Kiedy wychodziłam z kancelarii, zadzwonił telefon.
Marcin.
Nie odebrałam.
Po chwili przyszła wiadomość.
„Dzieci muszą wrócić do domu. Jeśli nie przyjedziesz do osiemnastej, zgłoszę ich uprowadzenie”.
Pokazałam ją mecenas.
Przeczytała uważnie.
— Proszę jej nie usuwać. Odpowiemy w sposób, który nie zaostrzy niepotrzebnie sytuacji, ale jasno przedstawi pani stanowisko.
Po raz pierwszy nie musiałam reagować natychmiast na żądanie Marcina.
To uczucie było dziwnie obce.
Przez lata jego niezadowolenie oznaczało, że muszę coś naprawić.
Teraz mogłam pozwolić mu być niezadowolonym.
Prawdziwy rozmiar finansowych problemów poznałam w poniedziałek.
Dorota przyjechała do mojego biura z segregatorem dokumentów i wydrukowanym zestawieniem.
Wyglądała na zmęczoną.
— Sprawdziłam przelewy z ostatnich osiemnastu miesięcy — powiedziała.
Usiadłam naprzeciwko niej.
— Ile?
— Łącznie trzysta dwadzieścia sześć tysięcy złotych trafiło do podmiotów, które mogą być powiązane z Marcinem.
Nie odpowiedziałam.
Kwota była ogromna.
Ale bardziej niż jej wysokość przerażało mnie to, że przez tak długi czas nie zauważyłam, co dzieje się w mojej własnej firmie.
Dorota szybko dodała:
— Nie twierdzę jeszcze, że wszystkie te przelewy były bezprawne. Musimy sprawdzić umowy, wykonane usługi i osoby, które je zatwierdzały.
To było rozsądne.
Jednak im dłużej przeglądałyśmy dokumenty, tym więcej pojawiało się pytań.
Niektóre faktury dotyczyły usług, których nikt w firmie nie pamiętał.
Inne zawierały bardzo ogólne opisy.
Część zatwierdzono z konta użytkownika przypisanego do Marcina, choć formalnie nie powinien już mieć takich uprawnień.
Poczułam narastającą złość.
Nie tylko na niego.
Także na własną beztroskę.
Byłam tak zajęta zdobywaniem klientów, utrzymywaniem pracowników i zapewnianiem rodzinie wygodnego życia, że oddałam część kontroli człowiekowi, którego uważałam za najbliższego.
Dorota wskazała kolejną pozycję.
— Jest jeszcze coś.
Na ekranie pojawił się przelew na czterdzieści osiem tysięcy złotych.
Odbiorcą była firma Krystyny.
Opis brzmiał: „Doradztwo organizacyjne — etap drugi”.
— Jaki etap drugi? — zapytałam.
Dorota pokręciła głową.
— Nie znalazłam żadnego raportu ani dokumentu potwierdzającego wykonanie tej usługi.
Przypomniałam sobie implanty dentystyczne Krystyny.
Wtedy Marcin powiedział, że matka potrzebuje pilnego leczenia i nie ma wystarczających oszczędności.
Zapłaciłam za wszystko.
Nie wypominałam jej tych pieniędzy.
Teraz dowiadywałam się, że mogła jednocześnie otrzymywać znaczne kwoty z mojej firmy.
Czułam się wykorzystana.
Nie wiedziałam jeszcze, czy wszystkie płatności były częścią oszustwa.
Ale wiedziałam, że zaufanie zostało zniszczone.
Poprosiłam Dorotę o przygotowanie pełnej dokumentacji dla niezależnego audytora.
Następnie zadzwoniłam do banku.
Zmieniłam uprawnienia firmowe zgodnie z procedurami i zleciłam weryfikację dostępu do rachunków.
Każdy krok wymagał cierpliwości.
Każdy dokument trzeba było sprawdzić.
Nie mogłam pozwolić, żeby gniew zastąpił dokładność.
Marcin najwyraźniej liczył, że wpadnę w panikę.
Postanowiłam zrobić coś odwrotnego.
W środę odwiedziłam ojca.
Ośrodek rehabilitacyjny znajdował się kilkanaście kilometrów od Poznania. Budynek otaczały stare lipy, które o tej porze roku stały już bez liści.
Tata siedział przy oknie.
Od udaru schudł. Lewa ręka nadal sprawiała mu trudność, a wypowiadanie dłuższych zdań wymagało ogromnego wysiłku.
Kiedy mnie zobaczył, spróbował wstać.
— Ania…