— Rodzina, Daniel, szanuje się nawzajem — odpowiedziałam, biorąc z rąk mecenasa kopertę z kolejnymi dokumentami. — A teraz mam dla ciebie i twoich teściów inną wiadomość. Pan mecenas przygotował już wezwanie.
— Jakie wezwanie? — zameldował się nerwowo Ryszard, ojciec Hanny.
— Wezwanie do natychmiastowego opuszczenia lokalu — uciął krótko mecenas Maj, otwierając drugą teczkę. — Pani Barbara nie życzy sobie obecności państwa w swoim domu. Jeśli w ciągu trzydziestu minut nie opuszczą państwo tego budynku, będziemy zmuszeni wezwać policję w celu usunięcia intruzów.
Hanna krzyknęła cicho z wściekłości, chwytając za torebkę. — Ty wariatka! Stara, egoistyczna wariatka! Zniszczyłaś naszą rodzinę! Chodźcie, tato, mamo! Nie będziemy tu zostawać ani sekundy dłużej z tą… z tą jędzą!
Rzuciła w moją stronę nienawistne spojrzenie, po czym pociągnęła za sobą zszokowanych rodziców. Daniel stał w progu jeszcze przez dłuższą chwilę, patrząc na mnie tak, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu.
— Zmarnowałaś to wszystko dla kaprysu, mamo — wycedził przez zęby.
— Nie, synu — odpowiedzny spokojnie. — Ja to wszystko w końcu uratowałam. A teraz… zamknij drzwi od zewnątrz. Przeciąg mi robią.
Gdy drzwi zatrzasnęły się z głośnym trzaskiem, w salonie zapanowała upragniona, święta cisza.
Mecenas Maj uśmiechnął się lekko, pakując dokumenty z powrotem do teczki. — Dobrze pani zrobiła, pani Barbaro. Czasami trzeba spalić stary most, żeby wreszcie zacząć oddychać.
Odeszłam do okna balkonowego. Na dole Hanna ładowała rodziców z powrotem do czarnego SUV-a, gestykulując wściekle, podczas gdy Daniel bezradnie wrzucał walizki do bagażnika.
Morze szumiało spokojnie. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi, barwiąc niebo na złoto i róż.
Wzięłam z blatu filiżankę, nalałam sobie świeżej, gorącej kawy i po raz pierwszy od wielu lat usiadłam na żelaznym krześle przy oknie, nie martwiąc się o nikogo poza sobą.
Byłam u siebie. I w końcu byłem wolna.