Drzwi apartamentu otworzyły się z głośnym trzaskiem, zanim zdążyłam pójść do przedpokoju. Do środka wparowała Hanna, wygładzając żakiet, z uśmiechem triumfu na twarzy. Za nią szedł Daniel, niosąc ciężkie walizki swoich teściów, z miną kogoś, kto wykonał wyjątkowo niechcianą, ale konieczną robotę.

— Babciu, no proszę cię, nie rób scen — rzuciła Hanna, rozglądając się po salonie tak, jakby już robiła w nim przemeblowanie. — Rodzice są zmęczeni po drodze, a ty zamiast być spakowana, siedzisz w fotelu? Gdzie twoja torba?

Wstałam powoli. Moje kolana nie były już tak silne jak kiedyś, ale wyprostowałam się z taką godnością, że Hanna nagle zatrzymała się w pół kroku. W tym samym momencie do salonu weszli Katarzyna i Ryszard. Matka Hanny omiotła wnętrze krytycznym wzrokiem.

— No, całkiem przyjemnie tu jest — powiedziała głośno, odstawiając torebkę na mój stolik. — Przynajmniej widok na morze jest lepszy niż w tamtym hotelu, w którym chcieli nas zameldować. Dobrze, że zwolniłaś miejsce, Barbaro. Starszym ludziom należy się spokój.

Daniel spuścił wzrok. Nawet on poczuł się w tej chwili odrobinę niezręcznie.

— Mamo… naprawdę, nie utrudniaj — wykrztusił pod nosem, stawiając walizki przy drzwiach sypialni. — Przecież możesz pojechać do tego pensjonatu pięć minut stąd. Zapłacimy za pierwszą dobę.

Spojrzałam na syna. Na mężczyznę, którego wychowałam, któremu opłacałam studia, któremu dusiłam w sobie każdą łzę po śmierci męża, żeby tylko nie obarczać go swoimi problemami. I zrozumiałam, że przez te wszystkie lata stworzyłam potwora, który uważał moją miłość i moje poświęcenie za coś, co mu się po prostu należy.

— Nie pojadę do żadnego pensjonatu, Daniel — powiedziałam. Głos nie drżał mi ani trochę.

Hanna skrzyżowała ręce na piersi. — O, zaczyna się. Mówiłam ci, Daniel, że ona tylko szuka uwagi. Nie będzie nam tu urządzać dramatu. Rodzice są zmęczeni, więc masz dokładnie dziesięć minut na spakowanie swoich rzeczy i…

W tej samej chwili w drzwiach apartamentu rozległ się ostry dźwięk dzwonka.

Wszyscy zamarli. Daniel spojrzał na żonę zdezorientowany. — Nikogo nie zapraszaliśmy… — zaczął, podchodząc do drzwi i pociągając za klamkę.

Na progu stał wysoki, elegancki mężczyzna w ciemnym garniturze, trzymający skórzaną teczkę. Za nim stał drugi — młodszy, z teczką pełną oficjalnych dokumentów.

— Dzień dobry. Mecenas Andrzej Maj. Czy zastastałem panią Barbarę Sokołowską? — padło wyraźne, urzędowe pytanie.

Hanna zbladła. Daniel otworzył usta, ale żaden dźwięk z nich nie wypłynął.

Wyszłam zza pleców syna i podeszłam do drzwi. — Tak, panie mecenasie. Jestem tutaj. Proszę wejść.

Mecenas Maj skinął głową, wszedł do środka i minął zszokowaną rodzinę mojego syna, jakby byli tylko powietrzem. Wyciągnął z teczki gruby plik papierów spiętych metalowymi klipsami. Rozłożył je na stole, tuż obok filiżanek po kawie.

— Co to ma być?! — wybuchła w końcu Hanna, podchodząc bliżej z drżącymi wściekle ustami. — Kim pan jest i co pan tu robi?! To jest prywatna posiadłość!

Mecenas Maj posłał jej lodowate spojrzenie prawnika, który w życiu widział już wszystko. — Posiadłość, pani Hanno, jest w stu procentach własnością pani Barbary Sokołowskiej. Ale o tym zaraz się państwo przekonają.

Daniel zrobił krok do przodu, a w jego oczach widać było panikę. — Mamo… o co chodzi? Co ty wyprawiasz? Przecież ten apartament… myślałem, że…

— Myślałeś, Daniel, że skoro kupiliśmy go z ojcem czternaście lat temu, to po jego śmierci automatycznie staje się on twoją własnością, którą możesz dysponować jak własnym garażem? — przerwałam mu spokojnie.

Sięgnęłam po teczkę, którą trzymałam na stoliku, i położyłam na wierzchu dokument z pieczęcią notarialną.

— Dziesięć lat temu, po nagłym pogorszeniu stanu zdrowia Roberta, mąż spisał testament oraz darowiznę warunkową — wyjaśnił mecenas Maj, patrząc prosto na zbladłego Daniela. — Cała nieruchomość, co do centymetra, została zapisana wyłącznie na panią Barbarę. Co więcej, widnieje tu klauzula o dożywotnim, nienaruszalnym prawie do wyłącznego korzystania z lokalu. Żaden z spadkobierców, w tym syn, nie ma prawa dysponować tym lokalem bez jej wyraźnej, pisemnej zgody. A próba wyrzucenia właścicielki pod groźbą lub przymusem… cóż, kwalifikuje się to jako naruszenie miru domowego i próba wyłudzenia majątku.

Cisza, jaka zapadła w salonie, była tak gęsta, że można by ją kroić nożem.

Katarzyna i Ryszard, rodzice Hanny, natychmiast cofnęli się pod ścianę, jakby apartament nagle zaczął płonąć. Ich wizja luksusowych wakacji z prywatną służbą właśnie legła w gruzach.

— Daniel… — wycedziła przez zęby Hanna, wbijając w męża wzrok pełen nienawiści. — Powiedz, że to żart. Powiedz mi, że twoja matka nie zrobiła nam czegoś takiego na oczach moich rodziców!

Daniel nie patrzył na żonę. Patrzył na mnie. W jego oczach mieszało się niedowierzanie, gniew i ten żałosny rodzaj bezradności, który rezerwował dla sytuacji, z których nie potrafił się wywinąć.

— Mamo… przecież żartujesz, prawda? — zapytał cicho, robiąc krok w moją stronę. — Przecież jesteśmy rodziną. Jak mogłaś… jak mogłaś nas tak upokorzyć przed nimi?

Spojrzałam na niego. Wreszcie bez strachu. Bez poczucia winy.