— Więc… co teraz, panie mechaniku? – zapytała, a na jej twarzy malował się cień niepewności, tak rzadki u kobiety sukcesu. — Czy to oznacza, że jutro rano wracasz do swoich silników w Iztapalapie, a ja wracam do swoich udziałów i zebrania zarządu w Polanco?

Diego podszedł bliżej. Zapach drogich perfum mieszał się z chłodnym powietrzem nocy. Spojrzał na jej dłoń, na której wciąż lśnił delikatny złoty pierścionek odziedziczony po dziadku.

— A gdybym ci powiedział, że jutro rano mam wolne? – zapytał cicho. — I że moja córka Sofía uwielbia robić naleśniki z bananami, choć zawsze przypala je od spodu?

Valeria zamilkła na sekundę. W jej oczach odbiły się światła latarni ulicznych. Wzięła głęboki oddech, jak ktoś, kto po raz pierwszy od lat podejmuje decyzję nie na podstawie kalkulacji biznesowej, lecz głosu własnego serca.

— A gdybym ci powiedziała, że jutro rano odwołuję wszystkie spotkania zarządu? – odparła z uśmiechem, który rozjaśnił całą jej twarz. — Chcę zobaczyć te przypalone naleśniki. I chcę zobaczyć, jak wygląda twój warsztat, kiedy nie ma nad nim presji czasu.

Diego uśmiechnął się szeroko – tym prawdziwym, chłopczeniem uśmiechem, którego nie pokazywał nikomu od bardzo dawna. Wyciągnął rękę, a Valeria bez wahania wsunęła swoją dłoń w jego szorstką, spracowaną dłoń. Ich palce splotły się dokładnie tak samo, jak wtedy, gdy podawała mu chusteczkę w strugach deszczu na autostradzie Cuernavaca.

— W takim razie do zobaczenia rano, Vale – powiedział cicho.

— Do zobaczenia rano, Diego.

Rozstali się, ale tym razem wiedzieli, że to nie jest koniec drogi. Czasem, żeby odnaleźć kogoś, kto potrafi naprawić twoje życie, trzeba utknąć w błocie, w środku nocy, z dala od wszystkich sztucznych świateł tego świata. I zrozumieć, że najcenniejsze rzeczy nie kryją się za drzwiami luksusowych restauracji, lecz w prostym, ciepłym geście dłoni wyciągnętej w potrzebie.