Diego zamarł na ułamek sekundy. Valeria? Przecież Mariana mówiła mu, że kobieta, z którą się umówił, ma na imię Valeria, ale w tym momencie, z natłokiem myśli po awarii samochodu na ciemnej drodze, imię to zabrzmiało w jego głowie z zupełnie inną siłą. Odrzucił jednak to myślenie jako absurdalny zbieg okoliczności. Kraj liczył ponad sto trzydzieści milionów ludzi; ile mogło być Valerii spóźniających się na randkę w ciemno w tej samej dzielnicy?
Podszedł do stolika. Przy oknie, w blasku dyskretnej lampki, siedziała kobieta. Jej granatowa, jedwabna sukienka na zamówienie lękała się w świetle świec, a ciemne włosy były starannie spięte w elegancki kok, choć kilka pasm wciąż delikatnie falowało po niedawnej ulewie.
Kiedy podniósł wzrok, a ona uniosła głowę, by przywitać spóźnionego towarzysza, czas w Maison Lumière zwolnił bieg do zera.
Valeria Arriaga – bezwzględna dyrektor generalna Grupo Arriaga, kobieta, która przed kilkoma godzinami doprowadziła do płaczu doświadczonych doradców finansowych, i ta sama dziewczyna, która przed chwilą trzęsla się w zielonym samochodzie na błotnistej poboczy autostrady Cuernavaca – zamarła ze szklanką wody w dłoni. Jej usta rozchyliły się w cichym niemym zaskoczeniu.
— Ty… — wyszeptała, a w jej oczach, zazwyczaj pełnych chłodnego wyrachowania, pojawił się autentyczny, niemal dziecięcy szok.
Diego opadł ciężko na krzesło naprzeciwko niej, przecierając twarz dłonią, na której wciąż widać było ślady smaru i deszczu.
— No proszę – zdołał wykrztusić z gorzkim, ironicznym uśmiechem. — Wygląda na to, że mój samochód zepsuł się dokładnie w odpowiednim momencie. Albo w najgorszym z możliwych.
Wokół nich restauracja żyła swoim własnym życiem, ale przy ich stoliku powstała próżnia, gęsta od napięcia i niedawnych wspomnień.
Valeria powoli odłożyła szklankę. Jej palce lekko drżały, co u kobiety jej pokroju było zjawiskiem tak rzadkim jak zaćmienie słońca. Przez chwilę wpatrywała się w niego, próbując połączyć wizerunek mechanika z Iztapalapy, który bezceremonialnie naprawił jej luksusowy wóz w strugach deszczu, z mężczyzną siedzącym naprzeciwko niej w niedopasowanym garniturze.
— Więc to ty jesteś tym „strasznym” mechanikiem, o którym mówiła moja przyjaciółka… – zaczęła, a kąciki jej ust powoli uniosły się w uśmiechu, który w niczym nie przypominał maski korporacyjnej surowości. Był ciepły, szczery i niesamowicie ludzki. — Mariana to twoja siostra?
— Przyrodnia, ale tak – odparł Diego, opierając łokcie na białym obrusie. — I najwyraźniej uznała, że oboje potrzebujemy lekcji pokory. Ona myślała, że szuka mi „odpowiedniej partii” z wyższych sfer, a ciebie przekonała, że potrzebujesz odmiany od swoich wykresów i boardmeetingów.
Valeria rozejrzała się po eleganckim wnętrzu restauracji, a potem z powrotem spojrzała na Diego. W jej spojrzeniu zniknął cały dystans dyrektora generalnego.
— Znasz cenę tutejszej kolacji, Diego? – zapytała cicho, pochylając się nad stołem. — Tyle, ile kosztuje tygodniowe utrzymanie małego warsztatu. Wiem, kim jestem. I wiem, jak świat na mnie patrzy. Dzisiaj popołudniu zniszczyłam człowieka tylko dlatego, że próbował podebrać mi udziały w spółce. A potem utknęłam w błocie, przerażona, że stracę kontrolę nad wszystkim, na co pracował mój dziadek. I wtedy pojawiłeś się ty. Brudny, pachnący smarem, z siekierą w bagażniku i z miną kogoś, kto widział w życiu zbyt wiele, by przejmować się moim drogim samochodem.
Diego zamilkł na moment. Słowa Valerii uderzyły w niego z zaskakującą siłą. Przez lata czuł się niewidzialny dla świata ludzi takich jak ona – ludzi, dla których sukces mierzy się zerami na koncie i marką garnituru. A jednak ta kobieta, siedząca teraz przed nim w jedwabiu i drogich kamieniach, widziała w nim coś więcej niż tylko mechanika z przedmieścia.
— Wiesz… – zaczął powoli, ważąc każde słowo. — Kiedy cię tam zobaczyłem, w tym zielonym samochodzie zatopionym w błocie, pomyślałem sobie: „Oto kolejna osoba, która uważa, że cały świat jest jej własnością”. Ale kiedy opuściłaś szybę i zobaczyłem w twoich oczach ten strach… nie przed awarią, ale przed bezsilnością… pomyślałem, że chyba oboje nosimy w sobie całkiem sporo niewypowiedzianych ciężarów.
Kelner podbiegł do stolika z kartą dań w skórzanej oprawie, uśmiechając się promiennie.
— Czy państwo są gotowi złożyć zamówienie? Mamy dziś w cenie specjalność szefa kuchni – comber z sarny w sosie borowikowym…
Diego spojrzał na kartę, a potem ukradkiem zerknął na cenę w dolnym rogu. Kwota przekraczała zawartość jego portfela trzykrotnie. Karta kredytowa, jak pamiętał, została odrzucona przy zakupie części do silnika w warsztacie. Poczuł, jak gorąco uderza mu do twarzy. To była ta chwila upokorzenia, przed którą drżał od momentu, gdy zgodził się na tę randkę.
Valeria zauważyła ten cień na jego twarzy. Bez słowa zamknęła własną kartę dań i spojrzała na kelnera z absolutnym autorytetem, który nie znosił sprzeciwu.
— Dziękuję, ale poprosimy jedynie o dzbanek gorącej kawy z kardamonem, koszyk świeżego chleba domowej roboty i coś prostego do podzielenia się – powiedziała chłodnym, opanowanym głosem. — Bez fanaberii. Dzisiejszy wieczór nie jest o jedzeniu.