Zaczęły się od czegoś, czego moje dzieci bardzo nie chciały, żebym odkryła.

CZĘŚĆ 3

Marek pierwszy poprosił dzieci, żeby usiadły w drugiej części lobby.

Nie chciał awantury przy wnukach. Ja również nie.

Pomimo wszystkiego, co wydarzyło się między mną a moimi dziećmi, nie zamierzałam wykorzystywać wnuków jako publiczności. Dorośli stworzyli ten problem i dorośli mieli go rozwiązać.

Agnieszka stała przy kominku ze skrzyżowanymi rękami.

Tomasz patrzył w podłogę.

Joanna wyglądała tak, jakby dopiero teraz zaczynała rozumieć, że przez trzy lata uczestniczyła w czymś zupełnie innym, niż jej przedstawiano.

— Jaką prawdę? — zapytałam.

Agnieszka rzuciła bratu ostrzegawcze spojrzenie.

— Nie musimy tego teraz robić.

— Właśnie teraz musimy — odpowiedział Tomasz.

— Zamknij się.

To jedno zdanie wystarczyło.

W mojej córce nie było już oburzenia kobiety, której matka niespodziewanie odebrała wakacyjny apartament.

Był strach.

Usiadłam.

— Słucham.

Tomasz przetarł dłonią twarz.

— Kiedy tata umarł, znaleźliśmy dokumenty.

— Jakie?

— Dotyczące ośrodka. I kilku innych rzeczy.

— Tomasz — syknęła Agnieszka.

— Przez trzy lata kłamaliśmy. Nie będę tego ciągnął.

Mój syn usiadł naprzeciwko mnie.

Przez moment zobaczyłam w nim chłopca, który kiedyś po rozbiciu szyby w garażu przez pół dnia chodził za mną, nie mając odwagi się przyznać.

Tyle że teraz nie chodziło o szybę.

— Po pogrzebie — zaczął — Agnieszka pomagała ci porządkować papiery taty.

Pamiętałam.

Przez pierwsze tygodnie po śmierci Janusza funkcjonowałam jak człowiek chodzący po domu podczas snu. Podpisywałam dokumenty, odbierałam telefony, przyjmowałam kondolencje, ale niewiele z tamtego okresu naprawdę do mnie docierało.

Agnieszka rzeczywiście pomagała.

Byłam jej za to wdzięczna.

— Znalazła umowę członkowską — powiedział Tomasz. — I zobaczyła, że prawo do świątecznego tygodnia jest zapisane tylko na ciebie.

— To już wiem.

— Ale znalazła też korespondencję taty z administracją.

Agnieszka odwróciła się do okna.

— Jaką korespondencję?

Tomasz spojrzał na siostrę.

— Powiedz jej.

Milczała.

— Agnieszko.

Odwróciła się wreszcie.

— Tata pytał kilka lat temu, czy można przepisać członkostwo na nas.

Poczułam chłód, mimo że kominek płonął kilka metrów dalej.

— Dlaczego?

— Chciał wiedzieć, jak wygląda procedura.

— To nie odpowiada na moje pytanie.

— Nie wiem dlaczego.

— Wiedziałaś wystarczająco dużo, żeby ukryć dokumenty.

Jej twarz stwardniała.

— Niczego nie ukrywałam.

Tomasz prychnął.

— Agnieszka.

— Nie ukrywałam. Po prostu ich mamie nie pokazałam.

Marek spojrzał na żonę z niedowierzaniem.

— Słyszysz siebie?

— Nie wtrącaj się.

— Przez lata mówiłaś mi, że to rodzinny apartament.

— Bo był rodzinny!

— Nie. Był twojej matki.

Agnieszka gwałtownie się odwróciła.

— Przez całe życie jeździliśmy tam wszyscy! Tata chciał, żebyśmy dalej jeździli!

— Beze mnie? — zapytałam.

Zamilkła.

I właśnie ta cisza powiedziała mi więcej niż wszystko wcześniej.

Tomasz kontynuował.

Po śmierci ojca oboje zaczęli się obawiać, że zrezygnuję z członkostwa.

Nie było to całkowicie pozbawione podstaw.

Kilka tygodni po pogrzebie powiedziałam kiedyś Agnieszce, że nie wiem, czy będę w stanie wrócić pod Karpacz. Każdy pokój przypominał mi Janusza. Każdy fotel, każda ścieżka, nawet restauracja, w której zawsze zamawiał pstrąga.

Dla mnie było to zdanie pogrążonej w żałobie wdowy.

Dla moich dzieci stało się ostrzeżeniem.

— Baliśmy się, że sprzedasz członkostwo — powiedział Tomasz.

— Więc postanowiliście korzystać z niego bez mojej wiedzy?

— Wiedziałaś, że jeździmy.

— Dowiadywałam się ze zdjęć.

Opuścił głowę.

— Wiem.

— Nie, chyba właśnie nie wiesz.

Mój głos był spokojny, co zaskoczyło nawet mnie.

— Pierwszą Wigilię po śmierci waszego ojca spędziłam sama. Nakryłam stół dla jednej osoby, a potem schowałam drugi talerz, bo odruchowo wyjęłam dwa. Wiecie, co robiłam o dziewiętnastej?

Nikt nie odpowiedział.

— Oglądałam zdjęcie waszego ojca i próbowałam sobie przypomnieć jego głos. A wy siedzieliście w miejscu, które stworzyliśmy właśnie po to, żeby nikt z naszej rodziny nie był sam w święta.

Agnieszka spuściła wzrok.

— Mamo…

— Nie skończyłam.

Po raz pierwszy od wielu lat moja córka rzeczywiście umilkła.

— Drugiego roku czekałam, aż któreś z was zadzwoni i powie: „Przyjedź”. Spakowałam nawet małą torbę.

Tomasz podniósł głowę.

Tego nie wiedział.

— Stała w przedpokoju do dwudziestego czwartego grudnia. Wieczorem ją rozpakowałam.

Joanna zasłoniła usta dłonią.

— Helena…

— Trzeciego roku już się nie pakowałam.

Spojrzałam na Agnieszkę.

— I wtedy powiedziałaś mi, że bez mnie jest łatwiej.

— Byłaś wtedy bardzo…

Urwała.

— Jaka?

— Wrażliwa.

Zaśmiałam się cicho.

Nie dlatego, że było zabawnie.

— Umarł mi mąż po czterdziestu sześciu latach małżeństwa. Oczywiście, że byłam wrażliwa.

— Właśnie o to chodziło. Każde wspomnienie o tacie kończyło się płaczem.

— Przez ile tygodni?

Nie odpowiedziała.

— Przez ile tygodni, Agnieszko?

— Nie pamiętam.

— Ja pamiętam. Pierwszych kilka miesięcy. A wy wykluczyliście mnie na trzy lata.

Marek odszedł kilka kroków, jakby potrzebował dystansu od własnej żony.

Wtedy Tomasz powiedział coś, co ponownie zmieniło atmosferę.

— To jeszcze nie wszystko.

Agnieszka gwałtownie spojrzała na niego.

— Nie rób tego.

— Musi wiedzieć.

— Obiecałeś.

— Tobie. Nie mamie.