— Proszę się nie zbliżać.
— Ona nie wie, co mówi! — wybuchnął Robert. — Ma trzy lata!
Anna objęła Zosię i przytuliła ją do siebie.
— Wystarczy, panie Nowicki — powiedziała drżącym głosem. — Niech pan przestanie udawać, że nic się nie stało.
Robert odwrócił się w jej stronę.
— Ty…
— Widziałam, jak wracała z panem do hotelu tamtej nocy — przerwała mu Anna. — Widziałam jej siniaki. Widziałam, jak dzieci chowały się przed panem w łazience. A potem Magdalena błagała mnie, żebym nikomu nie mówiła, bo bała się, że pan zabierze jej dzieci na zawsze.
Policjant poprosił Annę, aby opowiedziała wszystko od początku.
Robert zaczął protestować, ale drugi funkcjonariusz polecił mu zachować spokój.
Ja tymczasem wróciłem do listu.
Na drugiej stronie Magdalena opisała, dlaczego uciekła.
Robert nie był zwykłym przedsiębiorcą, za którego się podawał. Zarządzał kilkoma spółkami, a przez lata przekonywał Magdalenę, że wszystkie rodzinne oszczędności zostały zainwestowane w jego firmę.
Prawda była inna.
Magdalena odziedziczyła po dziadku udziały w przedsiębiorstwie, którego wartość wzrosła wielokrotnie. Po ślubie Robert namawiał ją do podpisania pełnomocnictw, tłumacząc, że chce jedynie uporządkować sprawy finansowe rodziny.
Dopiero później odkryła, że próbował wykorzystać jej podpisy do przejęcia kontroli nad majątkiem.
Kiedy odmówiła podpisania kolejnych dokumentów, zagroził, że odbierze jej dzieci.
Magdalena zgromadziła dowody, ale nie zdążyła przekazać ich prawnikowi.
Ostatnie zdanie listu sprawiło, że ścisnąłem kartki tak mocno, iż zagięły się na rogach.
„Panie Wysocki, najważniejszy dokument znajduje się tam, gdzie nikt nie pomyśli go szukać. Proszę sprawdzić stary sejf w pokoju 1708. Kod to data otwarcia pańskiego hotelu. Jeśli mój mąż przyjechał po dzieci, prawdopodobnie już wie, że dokument istnieje”.
Natychmiast zadzwoniłem do szefa ochrony.
— Potrzebuję nagrań z korytarza przy pokoju 1708. Z dnia wymeldowania Magdaleny i z poprzednich dwóch tygodni. Proszę też zabezpieczyć wszystkie rejestry kart dostępu.
— Rozumiem, panie dyrektorze.
— I nikomu nie udostępniać tych materiałów poza policją.
Odwróciłem się do funkcjonariusza.
— Czy możemy sprawdzić ten apartament w obecności policji?
— Najpierw musimy ustalić, kto ma prawo do pomieszczenia i czy istnieją podstawy do dalszych czynności — odpowiedział. — Proszę zabezpieczyć wszelkie materiały i niczego nie ruszać.
Robert usłyszał naszą rozmowę.
Nagle przestał zachowywać się jak człowiek, który ma wszystko pod kontrolą.
— Nie ma żadnego sejfu — powiedział. — Magdalena była chora. Wymyślała różne rzeczy.
Ale jego dłonie zaczęły drżeć.
I wtedy zadzwonił telefon jednego z policjantów.
Po krótkiej rozmowie funkcjonariusz podszedł do kolegi i szepnął mu coś do ucha. Obaj spojrzeli na Roberta.
— Panie Nowicki, proszę z nami — powiedział jeden z nich. — Musimy wyjaśnić kilka kwestii związanych ze zgłoszeniem dotyczącym pani Magdaleny.
— Jakim zgłoszeniem?
— Zostało złożone trzy dni temu.
Robert pobladł.
— To niemożliwe.
Policjant nie odpowiedział.
Anna przytuliła dzieci mocniej. Zosia nadal płakała, a Kuba ukrył twarz w jej ramieniu.
Kiedy funkcjonariusze odprowadzali Roberta na bok, mężczyzna nagle odwrócił się do mnie.
— Pan nie wie, w co się pan miesza, Wysocki. Niech pan nie popełnia błędu, którego będzie pan żałował.
Spojrzałem mu prosto w oczy.
— Już popełniłem jeden. Zignorowałem ostrzeżenie, kiedy mogłem pomóc.
Tym razem nie odwróciłem wzroku.
O drugiej nad ranem dzieci spały już w innym, bezpiecznie przygotowanym pokoju, pod opieką Anny i pracownicy hotelu, która zgłosiła gotowość do pomocy. Policja organizowała dalsze czynności, a odpowiednie służby miały ustalić, jakie rozwiązanie najlepiej zabezpieczy bliźnięta.
Nie mogliśmy po prostu uznać, że sprawa została zakończona. Wciąż trzeba było ustalić, gdzie znajduje się Magdalena, potwierdzić treść jej listu i zweryfikować dokumenty przedstawione przez Roberta.
O świcie wróciłem do swojego gabinetu.
Na biurku leżała koperta.
Nie ta sama, którą przyniosła Anna.
Była mniejsza, biała, bez znaczka pocztowego.
Na przodzie ktoś napisał moje nazwisko.
W środku znalazłem pojedynczy klucz i kartkę z krótką wiadomością:
„Jeśli dzieci są bezpieczne, proszę otworzyć sejf. Ale niech pan najpierw obejrzy nagranie z windy z godziny 23:47 w dniu, w którym Magdalena zniknęła”.
Pod spodem widniało jedno zdanie:
„Człowiek, którego pan szuka, nie był wtedy sam”.
Zawołałem szefa ochrony.
Kilka minut później oglądaliśmy nagranie.
Na ekranie pojawiła się Magdalena. Trzymała Kubę na rękach, a Zosia szła obok niej, ściskając słonika. Kobieta wyglądała na wyczerpaną, ale była przytomna i poruszała się samodzielnie.
Drzwi windy otworzyły się na parterze.
Magdalena wysiadła.
Za nią pojawił się Robert.
A potem trzeci człowiek.
Mężczyzna, którego twarzy nie było widać, ponieważ przez cały czas stał za kamerą.
Zanim drzwi windy się zamknęły, nieznajomy położył Robertowi rękę na ramieniu.
Robert nie wyglądał na zaskoczonego.
Wyglądał na kogoś, kto właśnie otrzymał polecenie.
Zatrzymałem nagranie.
— Kim on jest? — zapytałem.
Szef ochrony długo wpatrywał się w ekran.
W końcu odpowiedział:
— Panie dyrektorze… to były dyrektor finansowy naszego hotelu. Został zwolniony osiem miesięcy temu za fałszowanie dokumentów.
Poczułem, jak po plecach przebiega mi zimny dreszcz.
Ten człowiek znał układ budynku, procedury bezpieczeństwa i wszystkie stare systemy dostępu.
Znał również mój podpis.