Starszy ode mnie o dziewięć lat, pewny siebie, świetny w sprzedaży, jeszcze lepszy w przekonywaniu ludzi, że ich sukces jest możliwy tylko dzięki niemu.
To on znalazł pierwszego prywatnego pożyczkodawcę.
Nigdy nie podał nazwiska.
Powiedział, że chodzi o kogoś, kto chce pozostać anonimowy.
Kwota nie była ogromna.
Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Ale bez niej firma by nie powstała.
— Paweł — powiedziałam. — Potrzebuję kopii umowy pożyczki.
— Cyfrowej?
— Tak.
— Już szukam.
Czekałam.
Po chwili zaklął.
Paweł prawie nigdy nie przeklinał.
— Co?
— Plik został zmodyfikowany cztery lata temu.
— Przez kogo?
— Konto administracyjne kancelarii. Ale metadane są dziwne. Ktoś podmienił jedną stronę.
Serce zaczęło bić szybciej.
— Którą?
— Załącznik dotyczący konwersji długu na udziały.
Usiadłam.
Nie pamiętałam takiego załącznika.
— Paweł, przeczytaj mi.
— Chwileczkę.
Przez telefon słyszałam kliknięcia.
— „W przypadku niespłacenia pożyczki w terminie dwudziestu czterech miesięcy pożyczkodawca uzyskuje prawo do konwersji wierzytelności na trzydzieści procent udziałów spółki…”
— Spłaciliśmy ją po ośmiu miesiącach.
— Tak.
— Mam potwierdzenie przelewu.
— Też je mam.
— Więc to bez znaczenia.
Paweł nie odpowiedział.
— Prawda?
— Powinno być.
To „powinno” zabrzmiało jak alarm.
— Co jeszcze?
— Na wersji znajdującej się obecnie w archiwum jest adnotacja, że spłata została odrzucona z powodu naruszenia warunków technicznych.
Zamarłam.
— Nigdy nie widziałam takiej adnotacji.
— Ja też.
— Kiedy ją dodano?
— Cztery lata temu.
Cztery lata.
Rok po wyrzuceniu Tomasza z firmy.
— Kto był pożyczkodawcą?
Paweł wciągnął powietrze.
— W wersji cyfrowej nazwisko jest zasłonięte zgodnie z umową poufności.
— A podpis?
— Inicjały: R.M.
Roman Majewski.
Mój ojciec.
*
Nie spałam tej nocy.
O piątej trzydzieści rano kupiłam bilet na pierwszy lot do Gdańska.
Prywatnego samolotu, którym czasami podróżowałam służbowo, nie zamawiałam. Nie chciałam, żeby ktokolwiek z firmy wiedział więcej, niż musiał.
Podczas lotu przeglądałam stare dokumenty.
Im dłużej patrzyłam, tym więcej rzeczy przestawało pasować.
Ojciec przez lata opowiadał rodzinie, że moje „internetowe projekty” są chwilową fanaberią. Kiedy firma zaczynała zdobywać pierwszych klientów, mówił znajomym, że pracuję w marketingu.
Nigdy nie pytał o szczegóły.
A jednak w 2015 roku na konto firmy wpłynęła anonimowa pożyczka od osoby o inicjałach R.M.
Sto osiemdziesiąt tysięcy.
Kwota dokładnie odpowiadała pieniądzom, które kilka miesięcy wcześniej zniknęły z oszczędności mojej babci, Zofii.
Pamiętałam awanturę.
Babcia sprzedała działkę po swoim bracie i miała za te pieniądze kupić małe mieszkanie.
Ojciec twierdził później, że zainwestowała je nieudolnie.
Babcia nigdy tego nie potwierdziła.
Zmarła trzy lata później.
Nagle zrobiło mi się niedobrze.
Po wylądowaniu pojechałam prosto do biura.
Vistula Dynamics zajmowała trzy piętra nowoczesnego budynku przy Motławie. W święta panowała tam niemal zupełna cisza. Ochroniarz przy wejściu wyglądał na zaskoczonego, gdy mnie zobaczył.
Paweł czekał w sali konferencyjnej.
Obok niego siedziała mecenas Aleksandra Wiśniewska.
Wyglądała tak, jakby również nie spała.
— Ktoś skopiował moje dane dostępowe — powiedziała od razu. — I muszę ci powiedzieć coś jeszcze.
Położyła przede mną wydruk.
Był to raport wejść do archiwum kancelarii.
Trzy dni wcześniej, o 18:42, elektroniczne drzwi zostały otwarte kartą Aleksandry.
Kamera z korytarza zarejestrowała mężczyznę w czapce i maseczce.
Ale jedna klatka pokazywała jego twarz.
Tomasz Radecki.
— Zgłosiłaś to policji? — zapytałam.
— Tak.
— Dlaczego dowiaduję się dopiero teraz?
— Bo sama zobaczyłam nagranie godzinę temu.
Odchyliłam się na krześle.
— Czy ojciec i Tomasz się znali?
Aleksandra zawahała się.
To wystarczyło.
— Znasz odpowiedź.
— Marta, nie miałam prawa wcześniej ujawniać pewnych rzeczy.
— Jakich?
— Tomasz nie znalazł anonimowego pożyczkodawcy.
Cisza w sali konferencyjnej stała się niemal fizyczna.
— Kontynuuj.
— Twój ojciec przyszedł do niego.
— Kiedy?
— Kilka tygodni przed utworzeniem spółki.
— Dlaczego?
— Nie wiem. Ale wiem, że pieniądze przeszły przez rachunek spółki należącej do Tomasza, zanim trafiły do ciebie.
Poczułam, jak żołądek się zaciska.
— Czyli ojciec finansował firmę.
— Formalnie pośrednio.
— I przez jedenaście lat udawał, że nic o niej nie wie.
Aleksandra skinęła głową.
— Jest gorzej.
Otworzyła kolejną teczkę.
— Wczoraj wieczorem Tomasz złożył w sądzie gospodarczym wniosek o zabezpieczenie trzydziestu procent udziałów Vistula Dynamics.
Świat jakby przesunął się o kilka centymetrów.
— Na jakiej podstawie?
— Twierdzi, że reprezentuje pierwotnego wierzyciela.
— Mojego ojca?
— Tak.
Patrzyłam na nią bez słowa.
— I twierdzi, że pożyczka nigdy nie została skutecznie spłacona.
Zaśmiałam się krótko.
— To absurd.
— Prawdopodobnie.
— Prawdopodobnie?
— W takich sprawach dokumenty są wszystkim. A oryginały zniknęły.
Paweł przesunął w moją stronę tablet.
Na ekranie widniał skan wniosku.
Na ostatniej stronie znajdował się podpis.
Roman Majewski.
Mój ojciec próbował przejąć część mojej firmy.
Po tym, jak przez siedem lat z niej żył.
*
Telefon zadzwonił dokładnie w chwili, kiedy skończyłam czytać.
Mama.
Tym razem odebrałam.
— Marta?
Jej głos brzmiał inaczej niż wczoraj.
Cicho.
Niepewnie.
— Czego chcesz?
— Ojciec nie wie, że dzwonię.
— To kiepski początek.
— Proszę, nie rozłączaj się.