— Dlaczego miałabym z tobą rozmawiać o sprzedaży własnego domu?
— Bo jestem twoim synem!
— Właśnie.
— Za ile?
Anna odwróciła wzrok.
Ja nie.
— Naprawdę to jest twoje pierwsze pytanie?
Marcin zacisnął usta.
— Chcę tylko wiedzieć, czy ktoś cię nie oszukał.
— Osiemset czterdzieści tysięcy.
Jego twarz zdradziła wszystko.
Szybka kalkulacja.
Natychmiastowa.
Joanna miała dostać kuchnię.
Włochy.
Może spłatę długów, o których jeszcze nie wiedziałam.
— Gdzie są pieniądze?
Anna odezwała się spokojnie:
— To nie jest pańska sprawa.
— Rozmawiam z matką!
— A ja reprezentuję pańską matkę.
Marcin popatrzył na mnie.
— Mamo, posłuchaj. Możemy to naprawić.
— Co?
— To całe nieporozumienie.
— Półmisek?
Milczał.
— Plan przejęcia pełnomocnictwa?
Milczał.
— Sfałszowany podpis?
— To było dawno!
— Dla ciebie. Ja dowiedziałam się dzisiaj.
Pierwszy raz zobaczyłam, że nie ma odpowiedzi.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Wieczorem zadzwoniła Joanna.
Nie odebrałam.
Potem przyszła wiadomość.
„Dzieci bardzo przeżywają twoje zachowanie.”
To była sprytna broń.
Nie Marcin.
Nie pieniądze.
Wnuki.
Przez chwilę patrzyłam na ekran.
Potem zadzwoniłam bezpośrednio do Zosi.
— Babciu?
— Jak się czujesz?
Zaczęła płakać.
Nie głośno.
Tym powstrzymywanym płaczem nastolatki, która bardzo chce uchodzić za dorosłą.
— W domu jest strasznie.
— Tata coś wam zrobił?
— Nie. Krzyczą z mamą. Mama mówi, że przez ciebie możemy stracić dom.
Zamarłam.
— Jaki dom?
— Nasz.
— Dlaczego?
Cisza.
— Zosia?
— Chyba tata ma jakieś długi.
Następnego dnia znałam prawdę.
Nie dzięki Marcinowi.
Dzięki przypadkowi, którego tak bardzo chciałam uniknąć.
Joanna przyszła do mnie sama.
Otworzyłam drzwi, ponieważ właśnie wychodziłam z Elżbietą obejrzeć mieszkanie, które zamierzałam wynająć na kilka miesięcy.
Joanna wyglądała inaczej.
Bez makijażu.
Z włosami związanymi byle jak.
Nie była już kobietą siedzącą przy moim stole z rozbawionym uśmiechem.
— Musimy porozmawiać — powiedziała.
— O czym?
— O Marcinie.
Wpuściłam ją do salonu.
Stała przez chwilę, patrząc na puste półki. Większość książek była już spakowana.
— Naprawdę sprzedałaś dom.
— Tak.
— Myślałam, że blefujesz.
— Nigdy ci tego nie powiedziałam.
Usiadła.
— Marcin ma długi.
— Wiem o dawnych.
Pokręciła głową.
— Nie o dawnych.
Wydobyła z torebki plik papierów.
Kredyty.
Pożyczki.
Monity.
Zobowiązania firmowe.
Łącznie ponad pół miliona złotych.
— Wiedziałaś? — spytałam.
— Nie wszystko.
— Ale wiedziałaś wystarczająco dużo, żeby planować sprzedaż mojego domu.
Drgnęła.
— Tak.
Pierwszy raz nie próbowała kłamać.
To prawie mnie rozbroiło.
— Dlaczego?
Joanna patrzyła na swoje dłonie.
— Firma Marcina upada.
Prowadził małą spółkę budowlaną. Zawsze mówił, że radzi sobie świetnie.
— Od roku bierze kredyt, żeby spłacać poprzedni. Stracił dwa kontrakty. Potem wszedł w coś z dawnym znajomym. Miał szybko zarobić.
— Hazard?
Spojrzała na mnie.
— Wiedziałaś?
— Paweł wiedział.
Joanna zbladła.
— Boże.
— A ty?
— Myślałam, że skończył.
Zaśmiałam się gorzko.
Każdy z nas myślał, że Marcin „skończył”.
Paweł.
Joanna.
Ja, choć nie wiedziałam, że kiedykolwiek zaczął.
— Kiedy zrozumieliście, że chcecie wykorzystać mój dom?
— To nie wyglądało tak na początku.
— A jak?
— Marcin mówił, że i tak kiedyś będziesz musiała się przeprowadzić. Dom jest duży. Schody. Ogród. Naprawy.
— Mam ogrodnika dwa razy w miesiącu i zdrowe nogi.
Joanna przymknęła oczy.
— Wiem.
— Więc?
— Potrzebowaliśmy zabezpieczenia.
— Mojego.
— Chcieliśmy tylko pożyczyć część pieniędzy po sprzedaży.
— Bez pytania mnie.
Milczała.
— Zacisze Brzozowe? Lekarz? Dokumentowanie „incydentów”?
Jej oczy zaszkliły się.
— To był pomysł Marcina.
— Ale uczestniczyłaś.
— Tak.
Nie poczułam satysfakcji.
Wolałabym, żeby zaprzeczyła.
Łatwiej nienawidzić kłamcy niż człowieka, który nagle przyznaje się do wszystkiego i zmusza cię do patrzenia na pełny rozmiar jego winy.
— Dlaczego przyszłaś?
— Bo Marcin chce zrobić coś głupiego.
Serce zabiło szybciej.
— Co?
— Twierdzi, że sprzedaż można unieważnić.
— Na jakiej podstawie?
— Twojej niezdolności do świadomego podejmowania decyzji.
Zaśmiałam się.
— Po wszystkim nadal chce to zrobić?
— Ma umówionego doktora Wolskiego.
— Nie znam tego człowieka.
— Marcin zna.
— Jak dobrze?
Joanna spojrzała na podłogę.
— Wystarczająco.
Dwie godziny później siedziałam z Anną.
Prawniczka nie wyglądała na przestraszoną.
Wyglądała na wściekłą.
— Bez badania lekarz nie może sobie po prostu napisać, że jesteś niezdolna do decyzji.
— A jeśli napisze?
— Będzie musiał wyjaśnić podstawy.
— Marcin może przedstawić historie. Okulary. Zapomniany termin. To, że sprzedałam dom bez niego.
Anna prychnęła.
— Sześćdziesięciopięcioletnia kobieta sprzedaje własny dom, więc jest niepoczytalna? Powodzenia.
Ale przygotowałyśmy się.
Na jej sugestię poszłam do niezależnego lekarza. Pełna ocena funkcji poznawczych. Dokumentacja. Testy.
Wynik był jednoznaczny.
Nie tylko byłam zdolna do samodzielnych decyzji.
Lekarz zażartował, że pamięć roboczą mam lepszą niż połowa jego czterdziestoletnich pacjentów.
Kilka dni później nastąpiło przekazanie domu Majewskim.
Stałam w pustej jadalni.
Na parkiecie wciąż znajdowało się ledwo widoczne zadrapanie w miejscu, gdzie rozbił się półmisek.
Dotknęłam framugi drzwi.
W tym domu Marcin zrobił pierwszy krok.
Tutaj zachorował na ospę.