Teresy nie poruszyła ta wiadomość. Jej twarz nie wyrażała żalu, a jedynie lodowatą kalkulację. Od samego początku uważała, że Mariana Arriaga nie jest odpowiednią partią dla jej syna – nie dlatego, że była zła, lecz dlatego, że była zbyt próżna, by sprostać próbie czasu.
— Wiedziałam to — powiedziała chłodno matka Alejandro, odstawiając filiżankę na spodeczek z cichym brzękiem. — Te dziewczęta z dobrych domów potrafią kochać tylko wtedy, gdy odbijają się w blasku sukcesu. Kiedy pojawia się cień, uciekają. Ale moi goście… dwustu najważniejszych ludzi w tym mieście… nie przyjdzie oglądać kompromitacji mojego syna. Mecenasie, zadzwoń natychmiast do kościoła. Odwołaj ceremonię pod pretekstem nagłego wypadku medycznego. Alejandro zostanie w domu.
— Obawiam się, że to już za późno, pani Tereso — odparł prawnik, blady na twarzy. — Gości są już w drodze. Media już stoją przed wejściem. Jeśli teraz odwołamy ślub, akcje Grupo Montes mogą stracić na giełdzie w poniedziałek rano. Skandal będzie gigantyczny.
Teresa zacisnęła usta w cienką linię. Jej dłonie zatańczyły nerwowo po obrzeżach stołu. — W takim razie Alejandro będzie musiał tam pojechać. Sam. I ogłosić, że odwołujemy wszystko z powodów osobistych. Lepiej stracić twarz na własnych warunkach, niż pozwolić, by inni pisali ten scenariusz.
Z tymi słowami matka chwyciła swoją torebkę, rzuciła krótkie spojrzenie kierowcy i ruszyła w stronę czarnego mercedesa, nie wiedząc, że w tej samej chwili z willi w Lomas wyjeżdża inny samochód – samochód, w którym siedział jej syn i pokojówka w skradzionej sukni ślubnej.
Kościół w Polanco przypominał gotycką fortecę światła i cienia. Przez ogromne witraże sączyło się popołudniowe słońce, malując marmurową posadzkę na czerwono, niebiesko i złoto. W ławkach siedzieli zaproszeni goście – politycy, prezesi korporacji, znani architekci i przedstawiciele śmietanki towarzyskiej stolicy. Wszyscy szepty wymieniali między sobą pogłoski o spóźniającej się pannie młodej.
Gdy ciężkie, dębowe drzwi kościoła powoli się otworzyły, wewnątrz zapanowała nagła, duszna cisza.
Organy zamilkły. Wszyscy zwrócili głowy w stronę wejścia.
W świetle dnia stanął Alejandro. Siedział na swoim eleganckim, zaprojektowanym na zamówienie wózku, z twarzą wykutą z granitu, bez ani jednego drgnienia mięśnia. Jego garnitur leżał nienagannie, a w jego oczach płonął ogień, którego nikt z obecnych nie odważyłby się zakwestionować.
Ale to, co szło tuż za nim, sprawiło, że w kościele rozległ się cichy, zbiorowy pomruk zaskoczenia.
Osobą w białej, jedwabnej sukni ślubnej, z delikatnym, koronkowym welonem opadającym na twarz, była Lucía. Trzymała w rękach bukiet białych róż, a jej kroki były pewne, choć serce biło jej w piersi z prędkością karabinu maszynowego. Każdy mięsień w jej ciele był napięty do granic możliwości. Wiedziała, że wystarczy jeden fałszywy ruch, jeden rozdarty materiał, jedno spojrzenie kogoś, kto zna Marianę osobistiej, a cała ta mistyfikacja rozpadnie się jak domek z kart.
W pierwszym rzędzie ław, tuż obok ołtarza, siedziała pani Teresa Montes. Kiedy zobaczyła wchodzącą parę, jej filiżanka z drogimi perfumami, którą trzymała w torebce, niemal wypadła jej z dłoni.
Teresa zamarła. Jej oczy, ostre jak sztylety, wpiły się w sylwetkę panny młodej. Nie znała tej postury tak dobrze jak własnego syna, ale coś w sposobie, w jaki dziewczyna stawiała kroki – skromnie, bez tej pychy, z jaką chodziła Mariana – sprawilo, że w jej piersiach zakotłowało się dziwne, lodowate podejrzenie.
Alejandro zatrzymał wózek przed samym stopniem ołtarza. Odwrócił się lekko, podał rękę Lucíi, a ona ujęła jego dłoń z tak naturalnym ciepłem, że przez chwilę nawet on sam zapomniał, że to tylko gra.
Ksiądz, stojący przy ołtarzu z lekko zmieszaną miną (ponieważ również słyszał plotki o ucieczce panny młodej), odchrząknął i zaczął ceremonię tradycyjnymi słowami: — Zebraliśmy się dzisiaj w obliczu Boga i zgromadzonych tu świadków, aby połączyć tych dwoje ludzi…
Wszystko szło zgodnie z planem. Goście w ławkach zaczynali się uspokajać, uznając, że małe opóźnienie było jedynie kaprysem młodej pary. Kamery telewizyjne i aparaty fotograficzne błyskały w mroku kościoła, uwieczniając ten dziwny, niesamowity powrót milionera do gry.
Ale wtedy stało się coś, czego Alejandro nie przewidział.
W połowie przysięgi, gdy ksiądz zapytał tradycyjnym głosem: — Czy ty, Alejandro, bierzesz tę kobietę za żonę…? Z tyłu kościoła rozległ się ostry, bezwzględny głos, który sprawił, że krew w żyłach wszystkich obecnych zamarzła.
— Zatrzymajcie tę ceremonię!
Wszystkie głowy odwróciły się gwałtownie do tyłu. W drzwiach kościoła stała pani Teresa Montes. Jej twarz była bladobiała, a w oczach pałał gniew tak potężny, że starsze kobiety w pierwszych rzędach odruchowo cofnęły się w ławkach.
Teresa ruszyła szybkim, zdecydowanym krokiem przez główną nawę, ignorując szepty zgromadzonych gości. Jej obcasy stukały o marmur jak wystrzały z pistoletu. Podeszła prosto do ołtarza, zatrzymując się metr przed wózkiem syna.
— Alejandro — powiedziała matka, a jej głos brzmiał jak stal. — Co ty wyprawiasz? Kim jest ta kobieta?
W kościele zapadła cisza tak głęboka, że słychać było, jak wiatr uderza o witraże.