Nie podejmowałam wtedy żadnej decyzji o przyszłym macierzyństwie. Po raz pierwszy pozwoliłam temu pytaniu istnieć bez odpowiedzi i bez terminu.
Nie musiałam udowadniać Adamowi, że nadal mogę mieć rodzinę.
Nie musiałam też wyrzekać się pragnienia tylko dlatego, że ktoś próbował użyć go przeciwko mnie.
Pudełko wróciło na półkę. Niżej, na wysokość rąk.
Tego samego dnia kupiłam szeroką deskę na dodatkowy regał do gabinetu. Sprzedawca zapytał, czy znam dokładny wymiar.
Podałam go z pamięci.
Znałam już każdy centymetr własnego pokoju.
W sobotę Anna przyjechała pomóc przy montażu. Przez godzinę przeklinałyśmy krzywe śruby, a później jadłyśmy pierogi prosto z głębokich talerzy.
Żadna z nas nie powiedziała, że zaczynam nowe życie.
Po prostu zrobiłyśmy miejsce na książki.
*
W pierwszą niedzielę marca zaprosiłam kilka osób na obiad.
Przyszła Anna, dwie koleżanki z wydawnictwa i sąsiadka z mieszkania obok, która zimą pożyczyła mi wiertarkę. Każda przyniosła coś do jedzenia, chociaż mówiłam, że nie trzeba. Na stole zabrakło miejsca na duży półmisek.
Przez chwilę stałam z nim w dłoniach.
Potem przesunęłam własny talerz, ale tym razem dlatego, że sama chciałam zrobić miejsce.
Uśmiechnęłam się do tej drobnej różnicy.
Po obiedzie wyjęłam sernik. Pierwszy kawałek znowu nie wyszedł równy. Rozpadł się na brzegu, zostawiając na łopatce smugę sera.
Nikt nie spojrzał porozumiewawczo na nikogo.
Anna podsunęła talerzyk.
— Ten dla mnie. I tak wszystko się wymiesza.
Roześmiałam się, zanim zdążyłam sprawdzić, czy śmiech nie boli.
Za oknem kasztanowiec miał jeszcze nagie gałęzie. W kuchni czekały brudne garnki. Telefon leżał na półce w gabinecie, poza zasięgiem ręki.
Jedna z koleżanek zapytała o kurs. Opowiedziałam jej o ćwiczeniu, podczas którego pomyliłam słowo oznaczające zaproszenie z innym i przypadkiem zaoferowałam nauczycielce kanapę zamiast kawy.
Śmiałyśmy się długo.
Później ktoś zaproponował, że pozbiera talerze, a ktoś inny poszedł nastawić wodę. Zostałam przez moment sama przy stole.
Dotknęłam palcem małego ubytku w drewnie. Zauważyłam go przy zakupie i dostałam z tego powodu rabat. Dawniej pewnie próbowałabym zakryć go obrusem.
Teraz leżał na widoku.
Z kuchni dobiegło pytanie, gdzie trzymam filiżanki.
— W szafce po lewej! — zawołałam.
Podniosłam swój talerzyk i dołożyłam sobie odrobinę sernika.
Gdy wróciły z kawą, siedziałam już wygodnie na własnym miejscu.
Nikt nie poprosił mnie, żebym je oddała.