W sali zapadła martwa cisza. Twarz Vauclina poszarzała, jego podbródek zadrżał, ale nie potrafił wykrztusić ani jednego słowa. Cała pewność siebie i wcześniejsza satysfakcja rozpadły się pod ciężarem prawdy. Zgromadzeni wokół funkcjonariusze zaczęli zdawać sobie sprawę, co właśnie się wydarzyło – kobieta, którą przez cały wieczór lekceważyli, już jutro miała decydować o ich karierach.
Camille nie odwróciła się. Przeszła spokojnie przez salę, mijając kelnera stojącego przy uchylonych drzwiach.
Chłodne letnie powietrze powitało ją na zewnątrz. Lekkie pieczenie na policzku wciąż było wyczuwalne, ale mały płomień, który nosiła w sobie przez dwadzieścia jeden lat, w końcu spełnił swoje zadanie. Nie chodziło o zemstę, lecz o przywrócenie prawdziwego porządku – takiego, w którym nikt nie jest spychany na dalszy plan tylko dlatego, że odważył się mówić prawdę.