Minęły dwie minuty. Alejandro wyszedł zza rogu budynku, poprawiając mankiet koszuli i udając absolutny, niczym niezmącony spokój. Podał kroki w stronę czarnego vana. Kierowca, wysoki mężczyzna o kamiennej twarzy i oczach ukrytych za ciemnymi okularami przeciwsłonecznymi, natychmiast wysiadł z pojazdu, otwierając przednie drzwi dla pasażera.
— Dzień dobry, panie Alejandro. Przepraszam za małe opóźnienie, na autostradzie od rana tworzą się korki – powiedział kierowca, tonem idealnie wyważonego profesjonalizmu.
Alejandro spojrzał mu prosto w oczy. Przez chwilę zastanawiał się, co czuje człowiek, który planuje zabić kogoś, kto co tydzień wypłacał mu sowitą pensję i dbał o jego rodzinę. — Zmiana planów, Mario – odpowiedział Alejandro chłodno, wsiadając do środka, ale nie na tylne siedzenie, lecz na fotel pasażera tuż obok kierowcy. – Nie pojadę dziś na spotkanie do centrum. Zmienił się priorytet. Pojedziemy najpierw do notariusza przy Paseo de la Reforma.
Kierowca zamarł na ułamek sekundy. Jego dłoń, spoczywająca na kluczyku w stacyjce, drgnęła. — Do notariusza, proszę pana? Ale pani Isabela powiedziała…
— Moja żona nie zarządza moim kalendarzem w kwestiach prawnych, Mario – przerwał mu ostro Alejandro, wyciągając telefon. Wybrał numer i włączył tryb głośnomówiący, tak by kierowca wyraźnie słyszał każde słowo. – Poza tym rozmawiałem przed chwilą z moim głównym prawnikiem. Zmiana trasy funduszu musi zostać podpisana osobiste, zanim dotrę na spotkanie z zarządem. Ruszaj. I pojedźmy tą starą drogą przez wzgórza, tam jest mniejszy ruch.
Twarz kierowcy pobladła. Zmiana trasy na „starą drogę przez wzgórza” była dokładnie tym, czego domagali się wspólnicy z spisku Isabeli. Dla Mario była to pułapka, w którą – jak sądził – Alejandro wszedł z własnej woli. W jego oczach przemknął błysk złowrogiej satysfakcji.
— Oczywiście, panie Alejandro. Jak pan sobie żyje – mianował kierowca, wrzucając bieg i ruszając z dynamicznym piskiem opon.
Gdy samochód opuścił bramę Lomas de Chapultepec, Alejandro ukradkiem wcisnął kombinację klawiszy na swoim telefonie, wysyłając ukrytą wiadomość alarmową z dokładnymi współrzędnymi GPS do swojego osobistego zespołu bezpieczeństwa – ludzi, których wynajmował do ochrony najważniejszych transakcji międzynarodowych, a którzy teraz mieli postawić w stan gotowości lokalną policję federalną.
W tym samym czasie w rezydencji panowała cisza. Isabela Beltrán chodziła tam i z powrotem po białym dywanie w salonie, ściskając w dłoni swój drogi telefon. Jej twarz, zazwyczaj perfekcyjnie ułożona, teraz nosiła znamiona rosnącej gorączkowej nerwowości.
— Gdzie on jest do cholery? — szepnęła do siebie, podchodząc do okna.
Jej telefon zabulgotał cicho. Na ekranie pojawiła się krótka wiadomość od kierowcy: „W drodze. Wybraliśmy starą drogę przez wzgórza. Wszystko idzie zgodnie z planem”.
Isabela uśmiechnęła się triumfalnie. Przez pięć lat małżeństwa z Alejandro czuła się jak w złotej klatce. On zarządzał wszystkim – każdym pesosem, każdą spółką, każdym aspektem ich życia publicznego, traktując ją jak ozdobę do reprezentowania firmy na bankietach, a nie jak partnera. Kiedy poznała Estebana i resztę grupy finansowej, którzy obiecali jej pełną niezależność i połowę udziałów w funduszu po „nagłym zaginięciu lub rezygnacji” męża, nie wahała się ani chwili. Dla niej Alejandro był jedynie przeszkodą na drodze do prawdziwej wolności i potęgi.
Weszła do gabinetu męża. Chciała sprawdzić sejf, w którym – jak wiedziała – znajdowały się dokumenty przekazujące pełnomocnictwa na wypadek nagłej śmierci. Podeszła do biurka, wklepała kod numeryczny… ale mechanizm zablokował się z głuchym, elektronicznym trzaskiem.
Błąd systemu.
Isabela zmarszczyła brwi. Wpisała kod jeszcze raz. To samo. Piekielna maszyna odmówiła posłuszeństwa. Co gorsza, na głównym ekranie komputera męża, który wciąż pozostawał włączony w trybie uśpienia, nagle wyskoczyło okno dialogowe z powiadomieniem systemowym: „Aktywowano procedurę bezpieczeństwa poziomu alfa. Kopia zapasowa danych została przesłana do prokuratury federalnej”.
Serce Isabeli zamarło. Zrozumiała w tej jednej sekundzie coś, co zmroziło jej krew w żyłach: Alejandro wiedział. Wiedział od dawna albo dowiedział się o wszystkim dzisiaj rano. To nie była zwykła podróż biznesowa; to była zasadzka, w którą sama wpędziła własnego męża, wysyłając go z opłaconym przez siebie człowiekiem.
Czarny van pędził po krętej, odosobnionej drodze prowadzącej przez zalesione wzgórza na obrzeżach miasta. Drzewa rzucały długie, złowrogie cienie na asfalt, a sygnał komórkowy w tym rejonie – jak słusznie zauważyła wcześniej Camila – spadał do zera.
Mario prowadził jedną ręką, a drugą dyskretnie macała kieszeń marynarki, w której trzymał mały, czarny komunikator satelitarny. — Panie Alejandro, wie pan co? – zaczął kierowca sztucznym, nienaturalnie spokojnym głosem. – Chyba pomyliłem skręt. Ta droga wydaje się jakaś… dziwna. Może zawrócimy?
Alejandro siedział nieruchomo, wpatrując się w deski rozdzielcze. — Nie zawracaj, Mario – powiedział cicho, obracając głowę w jego stronę. – Ta droga prowadzi dokładnie tam, dokąd zmierzamy. Do końca twojej kariery i początku twojego pobytu za kratkami.
Kierowca gwałtownie nacisnął hamulec. Samochód poślizgnął się na żwirze i zatrzymał na poboczu, tuż obok opuszczonego magazynu otoczonego gęstym zagajnikiem. Zza rogów budynku wyszło nagle trzech zamaskowanych mężczyzn z bronią w rękach, machając gwałtownie, by kierowca zatrzymał się w wyznaczonym miejscu.