Kierowca w białych rękawiczkach otworzył drzwi, a David delikatnie pomógł matce wsiąść do środka. Samuel usiadł tuż obok niej, ujął jej dłoń i znów kciukiem zaczął gładzić wierzch jej palców — tak samo, jak robił to przez ostatnie pół wieku.
W środku samochodu pachniało świeżymi kwiatami i czystą skórą. Na stoliku przed nimi stał kosz z cynamonowymi ciasteczkami i gorąca, świeża kawa — dokładnie taka, jaką Grace tak bardzo lubiła.
— Przepraszam was, mamo, tato — powiedział David, siadając naprzeciwko nich. — Chciałem, żeby ta podróż była dla was idealna. Nie powinienem był zostawiać was samych przy odprawie.
Grace uśmiechnęła się łagodnie, choć w jej oczach wciąż widać było zmęczenie po ciężkim dniu. Spojrzała na swojego syna, a potem na Samuela.
— Nie przepraszaj, Dawidzie — powiedziała cicho, opierając głowę na ramieniu męża. — Dzisiejszy dzień przypomniał mi po prostu coś bardzo ważnego.
— Co takiego, mamo?
— Że nie ma znaczenia, w którym rzędzie samolotu posadzą cię obcy ludzie — wyszeptała Grace, zamykając oczy i czując bezpieczny, stały dotyk dłoni Samuela. — Ważne jest tylko to, z kim idziesz przez życie, kiedy wysiadasz na ziemię.
Auto ruszyło gładko po szerokich alejach Chicago, zostawiając za sobą zimny świat lotnisk, sztucznych uśmiechów i ludzi, którzy myśleli, że podarty pasek czy stary płaszcz określają wartość ludzkiej duszy. Przed nimi rozciągał się wieczór — ciepły, jasny i wreszcie spędzony razem.