— Damian… nie wierzysz mu chyba? — wykrztusiła, a jej głos po raz pierwszy zabrzmiał jak pisk przerażonego dziecka, a nie pani wielkiego świata. — Ta kobieta… ona nie jest moją siostrą. Karolina zginęła. Przecież widziałeś tamten grób! Przecież… myśmy opłakiwali jej śmierć!
Karolina nie spuszczała z niej wzroku. Jedna połowa jej twarzy – ta gładka, o jasnych, nieskalanych oczach – patrzyła z lodowatym spokojem. Druga, poorana głębokimi, ściągniętymi bliznami po pożarze, nadawała jej rysy tragicznego widma z dawnych legend.
— Płakałeś, Damianie? — zapytała Karolina, a każde jej słowo kaleczyło ciszę niczym potłuczone szkło. — Czy tylko pomagałeś Julii układać wieńce z białych róż, dokładnie takich samych, jakimi dziś udekorowałaś swoje wesele?
Damian zacisnął pięści tak mocno, że knykcie pobladły. Przez siedem lat żył z wyrzutami sumienia. Kochał Karolinę – to ona była pierwotną spadkobierczynią imperium deweloperskiego jej ojca, to na jej nazwisko zapisano kluczowe udziały w spółce, które po jej „śmierci” w cudowny sposób przeszły na najmłodszą z sióstr i na niego, świeżo upieczonego wtedy wspólnika.
— Skąd… — Damian przełknął ślinę, czując, jak w gardle rośnie mu piekąca gula. — Skąd masz ten odcisk, Wolski? Dlaczego policja go nie zabezpieczyła?
— Ponieważ posterunek w Santa Barbara zamknął sprawę w trzydzieści minut po ugaszeniu pożaru — wyjaśnił detektyw, krzyżując ramię na piersi. — Ktoś dobrze zapłacił za to, by uznać to za nieszczęśliwy wypadek drogowy. Ktoś, kto miał dostęp do pieczątek notarialnych i kluczy do skrytki bankowej Karoliny już następnego dnia po wypadku.
Rozdział 2: Siedem lat w ciemności
Wszyscy na sali wiedzieli, że to koniec bankietu. Jeden z bogatych inwestorów zaczął powciskać mankiety koszuli i dyskretnie wycofywać się w stronę bocencji wyjściowej, ale panująca atmosfera trzymała wszystkich w żelaznym uścisku.
Karolina podeszła bliżej stołu prezydialnego. Jej bose stopy, wciąż owinięte w resztki szpitalnych bandaży, zostawiały czerwonawe ślady na drogim białym marmurze. Nie czuła zimna. Przez siedem lat w zapomnianym przez boga ośrodku rehabilitacyjnym dla bezimiennych ofiar wypadków w północnym Oregonie nauczyła się znosić znacznie gorsze rzeczy.
— Myśleliście, że jak spalicie mi twarz i odetniecie dostęp do świata, to zniknę na zawsze? — zapytała cicho, patrząc na Julię, która osuwała się po kolanach na krzesło dla gości honorowych. — Lekarze w szpitalu polowym w lasach Oregonu przez pierwsze trzy miesiące nie wiedzieli nawet, jak się nazywam. Mówili na mnie „Pacjentka 404”. Nie miałam głosu. Oparzenia zrosły mi krtań. Każdy oddech był jak połykanie rozżarzonych węgielków.
Skierowała wzrok na Damiana.
— A ty, Damianie? Czy kiedy podpisywałeś dokumenty o przejęciu funduszu inwestycyjnego mego ojca, czułeś chociaż cień wątpliwości? Czy zapach drogich perfum Julii skutecznie zagłuszył smród spalonej skóry, który jeszcze długo unosił się w gabinecie?
Damian gwałtownie odwrócił się do żony.
— Julia! Odpowiedz mi! Co to ma znaczyć? Jaki akt zgonu? Jaki podpis?
Julia zakryła twarz dłońmi, a spod jej palców ciekł czarny od rozmazanego tuszu do rzęs płacz.
— Musiałam… — zaszlochała wreszcie, tracąc panowanie nad sobą. — Musiałam to zrobić! Ty kochałeś ją! Nawet po zaręczynach ze mną wciąż trzymałeś jej zdjęcia w biurku! Ona miała wszystko – ojca, firmę, twoje uznanie! Ja byłam tylko tą drugą, młodszą siostrą w cieniu!
— Więc wynajęłaś kogoś, żeby ją zabić? — wyszeptał Damian, cofnąwszy się o krok, jakby widział przed sobą potwora, a nie kobietę, z którą przed godziną przysięgał miłość przed ołtarzem.
— Nie chciałam jej śmierci! — wrzasnęła Julia, zrywając się z krzesła z rozpaczą w oczach. — To miał być tylko… wypad z drogi! Miał być strach! Miała zniknąć na jakiś czas, żebym mogła uporządkować papiery! Ale ten cholerny idiota, którego wynajął Adrian…
Urwała w pół słowa. Sala zamarła jeszcze bardziej.
Damian zmrużył oczy.
— Jaki Adrian?
Z tłumu zaproszonych gości, tuż obok wyjścia dla personelu, powoli wysunął się wysoki mężczyzna w idealnie skrojonym smokingu. To był Adrian Górski, główny prawnik holdingu Wrońskich i dawny powiernik Damiana. Na jego czole perliły się krople zimnego potu. Cofnął się pod ścianę, macając ręką w kieszeni marynarki.
— Ani kroku dalej, panie Górski — odezwał się spokojnie Marek Wolski, sięgając do wnętrza swojej skórzanej teczki, skąd wyciągnął metalową, lśniącą w świetle świec odznakę oraz nakaz aresztowania podpisany przez sędzię federalną z dystryktu Los Angeles. — Masz pan na koncie nie tylko fałszowanie dokumentów i przejęcie mienia znacznej wartości, ale też usiłowanie zabójstwa pierwszego stopnia.
Rozdział 3: Koniec bankietu
Adrian Górski próbował jeszcze uśmiechnąć się w ten swój cyniczny, prawniczy sposób, ale jego usta drżały.
— To jakieś szaleństwo… nie ma żadnych dowodów na to, że…
— Owszem, są, panie Górski — przerwał mu detektw Wolski, rzucając na stół plik wydruków przelewów bankowych. — Przelewy z konta offshore zarejestrowanego na nazwisko Julii, które trafiały do szajki zajmującej się fałszowaniem tożsamości w Nevadzie. Oraz nagranie z kamery na stacji benzynowej w górach, na którym widać pana samochód tuż za Land Roverem Karoliny w noc wypadku.