Krótkie echo uderzenia butelki o linoleum odbiło się echem po cichym korytarzu. Antoś, spłoszony hałasem, zaniósł się głośniejszym płaczem, a Milena natychmiast pochyliła się nad wózkiem, drżącymi rękami próbując go uspokoić. Jej palce ślizgały się po rączce, jakby straciła czucie w dłoniach.
Konrad cofnął się o pół kroku, a dawna pewność siebie na jego twarzy topniała z każdą sekundą. Spojrzał na Michała, potem na mnie, a jego wzrok ostatecznie zatrzymał się na twarzy Mileny, na której wymalowana była czysta panika.
— O czym ty, do cholery, gadasz? — warknął Konrad w stronę mojego adwokata, chociaż głos lekko mu się łamał. — Kim ty w ogóle jesteś? Spływaj stąd, to nasza prywatna sprawa!
Michał Domański poruszył się z tym spokojem, który w sądach potrafił doprowadzić przeciwników do szaleństwa. Ani drgnął. Powoli rozpieczętował grubą, manilową kopertę i wyciągnął z niej zestaw oficjalnych dokumentów z pieczątkami kliniki.
— Mecenas Michał Domański. Reprezentuję panią dr Katarzynę Sokołowską — odpowiedział dźwięcznym, opanowanym głosem. — I obawiam się, panie Konradzie, że sprawa przestaje być prywatna w momencie, gdy na jaw wychodzi fałszerstwo medyczne o charakterze karnym.
Milena gwałtownie uniosła głowę. Łzy ciekły jej po policzkach, a w oczach miała błaganie, które kierowała wyłącznie do mnie.
— Kasiu… proszę cię… — szepchnęła zdławionym głosem. — Nie tutaj. Nie przy dziecku.
— Teraz nagle przeszkadza ci dziecko, Mileno? — zapytałam, a mój głos brzmiał chłodno, chirurgicznie wręcz precyzyjnie. — A przez te wszystkie lata, kiedy siedziałaś na mojej kanapie i piłaś ze mną wino, opowiadając, jak bardzo współczujesz mi kolejnych nieudanych prób in vitro? Kiedy wiedziałaś, że klinika rzekomo „zgubiła” nasz ostatni, zamrożony zaręczynowy pakiet?
Konrad gwałtownie zbladł. — O czym ty plotkujesz? Jaki pakiet? O czym ona mówi, Milena?! — rzucił w stronę dawnej przyjaciółki, a w jego głosie pojawiła się panika.
Michał rozłożył dokumenty przed naszymi oczami. Na górze widniał oficjalny nagłówek kliniki, a poniżej – numery identyfikacyjne, daty oraz podpisy.
— Pan Konrad twierdził rok temu, że dalsze leczenie nie ma sensu, i zmusił panią Katarzynę do podpisania zgody na zamknięcie procedury i utylizację pozostałych próbek — zaczął tłumaczyć mój adwokat, a słowa te niczym ostrza wcinały się w ciszę szpitalnego korytarza. — Okazuje się jednak, że próbka numer 447-B nie została zutylizowana. Została przeniesiona na inne nazwisko na specjalne, tajne zlecenie opłacone z konta firmy pana Konrada na miesiąc przed tym, jak oficjalnie ogłosił rozwód z powodu „dopasowania charakterów”.
Spojrzałam na Konrada. Mężczyzna, który przed momentem triumfował i kpił z mojego poświęcenia pracy, teraz wyglądał, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę.
— To niemożliwe… — wykrztusił Konrad, patrząc na Milenę. — Ty powiedziałaś, że… że to załatwiłaś! Powiedziałaś, że dokumenty są czyste!
Milena zasłoniła twarz dłońmi i zaniósł się szlochem. — Bo nie miałaś pojęcia, prawda? — dokończyłam za nią. — Ty, Konrad, jesteś tylko samolubnym tchórzem, który myślał, że ujdzie mu na sucho kradzież mojego macierzyństwa. Ale Milena… Milena pracowała w administracji tamtej kliniki. To ona miała dostęp do baz danych. To ona pomogła ci sfałszować moją rezygnację, żebyście mogli ukraść mój ostatni zarodek i stworzyć „nową rodzinę”, podczas gdy ja przepłakiwałam kolejne noce nad mikroskopem.
Wokół nas zrobiło się zupełnie cicho. Pielęgniarki i pacjenci przysłuchiwali się temu z otwartymi ustami.
Michał schował dokumenty z powrotem do teczki i spojrzał na Konrada z góry. — Kopia tego aktu, wraz z dowodami przelewów z prywatnego konta pana Konrada na konto kliniki oraz fałszywymi oświadczeniami podpisanymi ręką pani Mileny, leży już na biurku prokuratora. A test na ojcostwo i macierzyństwo, który w tej chwili sądowo nakážemy przeprowadzić małego Antosia, wykaże dokładnie to, co wiemy już teraz. To biologiczne dziecko Katarzyny Sokołowskiej i Konrada Sokołowskiego. Ukradzione mi przez moją własną przyjaciółkę.
Antoś w wózku znów zaczął płakać, zupełnie nieświadomy burzy, którą dorośli wokół niego wywołali.
Podeszłam bliżej wózka. Milena cofnęła się ze strachem, kuląc się pod moim spojrzeniem. Pochyliłam się lekko nad chłopcem, patrząc na jego jasne włoski i znajomy rysunek powiek. Serce ścisnęło mi się w bolesnym, gwałtownym skurczu, ale pod maską lekarki kryła się teraz kobieta, która odzyskała kontrolę nad własnym życiem.
Wyprostowałam się i spojrzałam na Konrada, który próbował coś powiedzieć, ale z jego ust nie wydobywał się żaden sensowny dźwięk.
— Za dziesięć minut mam odprawę, Konrad — powiedziała spokojnie, poprawiając fartuch. — A po odprawie mój adwokat zajmie się odebraniem tego, co należy do mnie. Przygotujcie się na wizyta policji.