Z zewnątrz, przez małe okno kuchni, wpadały ostatnie promienie zachodzącego słońca nad Meksykiem, barwiąc niebo na odcienie złota i purpury. Wiatr kołysał praniem schnącym na sznurkach, a w oddali słychać było cichy śmiech błąkających się po ulicy dzieci. Życie toczyło się dalej – wolne od kłamstw, wolne od pogardy, niesione na wietrze przez ludzi, którzy nauczyli się wreszcie patrzeć w oczy nie ze strachem, lecz z podniesioną wysoko głową.