Ziemia była twarda, spękana od długiej suszy, która trapiła region od kilku miesięcy. Wiele gospodarstw w okolicy straciło plony, a deszcz nie padał od ponad dwóch miesięcy. Jednak w ogrodzie starszej kobiety, choć wysuszonym, wciąż rosły zielone pędki ziół i odpornych warzyw.

Mateo pracował z siekierą i motyką z taką determinacją, jakby każdy cios w ziemię był ciosem wymierzonym w jego własną bezradność. Pot spływał mu po czole, szczypiąc w oczy, a dłonie, dotychczas miękkie od braku pracy, szybko pokryły się bąblami. Ale nie czuł zmęczenia. Doña Esperanza obserwowała go z progu, niosąc dzban z chłodną wodą ze studni.

— Stoisz zbyt sztywno w kolanach, chłopcze – powiedziała, podając mu naczynie. — Ziemia nie lubi walki. Ziemia lubi współpracę. Jeśli będziesz ją bił, odda ci kamienie. Jeśli będziesz ją pieścił – odda ci plon.

Mateo napił się łapczywie, ocierając usta rękawem.

— Ale ona jest twarda jak skała, proszę pani! Jak tu cokolwiek posadzić przed nadejściem deszczu? Deszczu przecież nie było od wieków.

— Deszcz przyjdzie wtedy, kiedy ludzie przestaną patrzeć tylko w niebo, a zaczną patrzeć pod własne nogi – odparła tajemniczo kobieta, wskazując na małą grządkę wciśniętą w cień starego drzewa pomarańczowego. — Widzisz te nasiona? To dzika fasola z górskich wyżyn. Nasi przodkowie siali ją wtedy, gdy wszyscy inni dawali za wygraną. Nie potrzebuje dużo wody. Potrzebuje tylko kogoś, kto potrafi uklęknąć i poprosić ją o szansę.

Przez następne godziny chłopiec i stara kobieta pracowali w milczenie, które nie było ciężkie, lecz pełne dziwnego porozumienia. Mateo uczył się czegoś więcej niż tylko techniki uprawy roli – uczył się cierpliwości. Każdy usunięty chwast był jakby wyrwaniem z jego własnej pamięci strachu przed ojczymem. Każda grudka ziemi rozbita motyką przynosiła ulgę.

Gdy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując niebo nad San Miguel del Encino na odcienie głębokiej purpury i złota, ogród wyglądał zupełnie inaczej. Równe rzędy spulchnionej ziemi czekały na ziarno.

Wtedy za ogrodzeniem rozległ się ciężki, dudniący krok i dobrze znany, szorstki głos.

— Mateo! Ty mały leniuchu! Koniec zabawy!

Julián stał przy bramce, trzymając w ręku gruby rzemień od uprzęży. Jego twarz była czerwona od alkoholu i gniewu. Wzrok miał wściekły, a jego obecność w tym cichym, świętym miejscu natychmiast zepsuła całe popołudnie.

— Wracaj do domu! – ryknął ojczym, otwierając furtkę z taką siłą, że uderzyła o płot. — Myślisz, że znajdziesz sobie nową matkę u starej wiedźmy? Zobaczysz, co ci zrobię za tę samowolkę!

Mateo cofnął się o krok, a jego serce podskoczyło do gardła. Ręce zacisnęły się odruchowo na trzonku motyki. Strach, który zdawał się ulecieć w trakcie pracy, wrócił ze zwielokrotnioną siłą.

Ale zanim chłopiec zdążył cokolwiek zrobić, przed nim stanęła Doña Esperanza.

Nie była wysoka. Przy potężnej, obelżywej posturze Juliána wydawała się niemal krucha. Ale w jej oczach płonął taki ogień, że dorosły, pijany mężczyzna nagle się zatrzymał.

— Jesteś na moim terenie, Juliánie – powiedziała głosem, który nie podniósł się ani o jeden ton, a jednak brzmiał jak wyrok sądu ostatecznego. — A na moim terenie nie wrzeszczy się na dzieci, które właśnie uczciwie zarobiły na swój chleb.

— Twój teren?! – zaśmiał się nerwowo Julián, próbując odzyskać twarz. — Ta ziemia to piach i kamienie! A ten bachor jest moim obowiązkiem! Oddawaj mi go, bo wezwę szeryfa z miasteczka!

— Wzywaj kogo chcesz – odparła spokojnie kobieta, robiąc krok naprzód. — Ale zanim stąd odejdziesz, musisz wiedzieć jedno. Ten chłopiec nie jest już dłużnikiem nikogo. Zrobił dla mnie więcej przez jedno popołudnie, niż ty zrobiles przez sześć lat po śmierci jego matki. A jeśli jeszcze raz podniesiesz na niego rękę lub rzemień, opowiem w miasteczku o tym, co naprawdę stało się z dokumentami ziemi, które zostawiła Maria.

Twarz Juliána w jednej chwili pobladła. Pijacka pewność siebie zniknęła, ustępując miejsca panice, którą próbował ukryć za zaciśniętymi zębami. Spojrzał na starą kobietę z nienawiścią, a potem na przestraszonego, lecz stojącego prosto Mateo.

— Pożałujesz tego, gnojku – wycedził przez zęby ojczym, cofając się ku bramce. — Zostaję bez ciebie? Proszę bardzo! Ale nie wracaj do mojego domu po swoje szmaty, bo spaliłem je na podwórku!

Z tymi słowami odwrócił się gwałtownie i ruszył biegiem w stronę drogi, przeklinając pod nosem.

Gdy warkot jego ciężarówki ostatecznie ucichł w oddali, w ogrodzie zapadła głęboka, niemal namacalna cisza. Mateo stał w bezruchu, a po jego policzkach płynęły łzy – tym razem łzy ulgi, ale też żalu po tym nielicznym, co uważał za dom. Spojrzał na spalone rzeczy, o których wspominał Julián. Wszystko, co miał po matce – kilka starych rysunków, wyblakłą fotografię – przepadło w popiołurze.

Doña Esperanza podeszła do niego, objęła jego drżące ramiona i przytuliła do siebie.

— Nie straciłeś domu, Mateo – szepnęła mu do ucha. — Straciłeś tylko dach, pod którym nie było miłości. A dom… dom buduje się tam, gdzie ziemia przyjmuje cię bez strachu.

Minęły trzy tygodnie.