Esteban podszedł do niej, położył swoją dłoń na jej spracowanym ramieniu i spojrzał jej głęboko w oczy. Nie było w tym spojrzeniu ani śladu arogancji, zmęczenia czy goryczy lat spędzonych w celi. Był w nim tylko spokój człowieka, który odnalazł swoje miejsce na ziemi.
— Nie martw się, babciu — powiedział cicho, sięgając po stetoskop. — I nie bój się. Jesteś w bezpiecznych rękach. Tu nikt nie płaci za miłosierdzie. Tu po prostu robimy to, co trzeba.
Słońce wzeszło nad dachami Morelii, rozpraszając ostatnie cienie porannej mgły, a w małym wiejskim szpitalu znów rozległ się dźwięk spokojnych, pewnych kroków lekarza, który wiedział, że największym bogactwem człowieka nie jest portfel pełen pieniędzy ani pałac z marmuru, lecz czyste sumienie i ręce, które potrafią przynosić ulgę w bólu.