CZĘŚĆ 2 — Dom, który miał nigdy nie przestać być mój
— Pawle, co oznacza ten zapis? — zapytałam, wskazując notatkę na trzeciej stronie.
Mój syn nie odpowiedział od razu.
Kinga przestała się uśmiechać. Roman, jej ojciec, odchrząknął i spojrzał na notariusza, jakby oczekiwał, że ten zaraz wyjaśni wszystko za nich.
Ale notariusz odłożył długopis.
— Pani Ewo, zanim przejdziemy dalej, chciałbym wyjaśnić jedną rzecz. Czy ktoś poinformował panią o planowanym ustanowieniu hipoteki na tej nieruchomości?
— Nie.
— A czy wie pani, dlaczego w projekcie umowy darowizny pojawia się informacja o przyszłym kredycie hipotecznym?
— Właśnie dlatego pytam.
Paweł przesunął krzesło.
— Mamo, to tylko wstępne plany. Nie ma żadnej hipoteki. Nikt niczego nie podpisał.
— W takim razie dlaczego twój bank przygotował dokumenty, w których mój dom został wskazany jako zabezpieczenie twojego kredytu?
Tym razem zamilkł.
Patrzyłam na niego i próbowałam pogodzić człowieka siedzącego naprzeciwko mnie z chłopcem, którego kiedyś odprowadzałam do szkoły, trzymając go za rękę.
Kiedy Andrzej jeszcze żył, Paweł często przychodził do nas na niedzielne obiady. Naprawiał ojcu radio, opowiadał o pracy i żartował, że kiedyś wyremontuje nam cały dom.
Po śmierci męża rzeczywiście pomagał mi częściej.
Przynosił zakupy. Naprawiał kran. Wymieniał żarówki na piętrze.
Byłam mu wdzięczna.
Nigdy nie przyszło mi do głowy, że pewnego dnia jego pomoc może stać się sposobem na zdobycie mojego zaufania.
— Mamo, firma ma problemy finansowe — powiedział w końcu. — Próbuję ją uratować. Jeśli dostanę kredyt, wszystko się uspokoi.
— A jeśli go nie spłacisz?
— Spłacę.
— A jeśli nie?
Paweł zacisnął szczękę.
— Przecież nie wyrzucisz własnego syna na ulicę.
Nie odpowiedziałam.
Bo właśnie zrozumiałam, że nie przyszedł tutaj po moją zgodę.
Przyszedł po dokument, który miał mu zapewnić prawo do dysponowania czymś, co należało do mnie.
A gdybym odmówiła, miałam zostać przedstawiona jako matka, która nie potrafi pomóc własnemu dziecku.
— Proszę wyjaśnić mi jeszcze jedną rzecz — zwróciłam się do notariusza. — Czy po podpisaniu tej umowy dom przestałby być moją własnością?
Notariusz poprawił okulary.
— Zgodnie z projektem nieruchomość zostałaby przekazana pani synowi. Jeśli umowa zostałaby prawidłowo zawarta, a następnie dokonano by odpowiednich wpisów, to on stałby się właścicielem. Pani nie mogłaby już swobodnie rozporządzać nieruchomością tak jak dotychczas.
Poczułam chłód na plecach.
— A co stałoby się ze mną?
— Projekt nie zawiera wystarczająco jasnych zapisów gwarantujących pani dożywotnie prawo zamieszkiwania w domu na warunkach, które można byłoby uznać za odpowiednie zabezpieczenie pani interesów. Należałoby to dokładnie przeanalizować.
Odwróciłam się do syna.
— Mówiłeś, że podpisuję dokument, który ma zabezpieczyć moją przyszłość.
— Bo tak jest!
— W jaki sposób? Jeśli oddam ci dom, a ty zaciągniesz kredyt pod jego zastaw, to co stanie się ze mną, kiedy przestaniesz spłacać raty?
— Nic takiego się nie stanie!
— Tego nie możesz mi zagwarantować.
Kinga pochyliła się nad stołem.
— Pani Ewo, proszę nie dramatyzować. Przecież Paweł jest pani synem. Chyba nie uważa pani, że pozwoliłby pani zostać bez dachu nad głową?
Spojrzałam na nią.
— A dlaczego potrzebuję państwa zapewnień, skoro mogę po prostu zachować własny dom?
Jej usta zacisnęły się w cienką linię.
Roman w końcu zabrał głos.
— Nie rozumiem, po co tyle zamieszania. Starsi ludzie czasami potrzebują pomocy w zarządzaniu majątkiem. Rodzina powinna podejmować takie decyzje wspólnie.
— Wspólnie? — powtórzyłam. — Czy ktoś z was zapytał mnie, czy chcę oddać dom?
Nikt nie odpowiedział.
— Czy ktoś wyjaśnił mi, że wartość nieruchomości wynosi około miliona dwustu pięćdziesięciu tysięcy złotych i że mój syn zamierza wykorzystać ją jako zabezpieczenie swoich zobowiązań?
Paweł wstał.
— Mamo, przestań. Robisz ze mnie złodzieja!
Spojrzałam mu prosto w oczy.
— Nie muszę nazywać cię żadnym słowem. Wystarczy, że nie podpiszę dokumentu, którego konsekwencji przede mną nie wyjaśniono.
Wyjęłam z torebki kopię dokumentu bankowego, który znalazłam trzy dni wcześniej w jego teczce.
Położyłam ją obok projektu darowizny.
Notariusz przeczytał pierwsze linijki. Następnie spojrzał na Pawła.
— Panie Kaczmarek, czy ten dokument pochodzi z banku, w którym ubiega się pan o finansowanie?
— To wewnętrzna dokumentacja. Nie ma związku z tą rozmową.
— Ma bezpośredni związek z nieruchomością, którą zamierza pan otrzymać na podstawie tej umowy — odpowiedział notariusz.
Paweł pobladł.
Po raz pierwszy od chwili, gdy wszedł do mojego domu, nie miał gotowej odpowiedzi.
Notariusz przerwał spotkanie.
Wyjaśnił, że nie będzie kontynuował czynności, dopóki nie zostaną usunięte wątpliwości dotyczące mojej świadomej zgody oraz charakteru transakcji.
Podkreślił, że nie jestem zobowiązana do podpisywania żadnego dokumentu i że mogę skonsultować jego treść z niezależnym prawnikiem.
Kinga natychmiast zaczęła protestować.
— Przecież wszyscy przyjechaliśmy tutaj specjalnie! Mamy inne obowiązki!
Notariusz spokojnie zamknął teczkę.
— Rozumiem, ale w tej sytuacji najważniejsze jest upewnienie się, że osoba przekazująca nieruchomość rozumie skutki swojej decyzji.
Roman wstał i zabrał płaszcz.
— Paweł, chodź. Nie ma sensu rozmawiać z kimś, kto nie ufa własnej rodzinie.