— Szefie, tam musi być wyjście gospodarcze na zewnątrz, do starej kotłowni przy ogrodzie — wysapał Dariusz, sprawdzając magazynek w swojej broni. — Jeśli wybiegniemy górą, zdążymy go złapać przy bramie.
Wiktor jednak pokręcił głową. Spojrzał na bladą, drżącą Martę, która wciąż tuliła się do Maksyma, oraz na małą Hanię, która patrzyła na niego oczami pełnymi przerażenia i uwielbienia zarazem. W tym momencie Wiktor zrozumiał coś fundamentalnego. Przez całe życie uważał, że siła polega na tym, by trzymać wszystkich w garści, niszczyć wrogów i nie dopuszczać nikogo blisko siebie. A teraz, stojąc w tej ciemnej piwnicy, zdał sobie sprawę, że jedyną rzeczą, którą naprawdę straciłby, gdyby Adrian uciekł, byłoby prawo spojrzenia w lustro bez wstydliwego lęku.
— Nie ucieknie daleko — powiedział Wiktor twardym, opanowanym głosem. — Ten dom ma tylko jeden system monitoringu podziemnego. I tylko ja znam kod do awaryjnego zasilania bunkra. Dariusz, zablokujcie wschodnią bramę. Maksym, weź klucze do furgonetki i obstaw wyjazd na trasę warecką. Ja zajmę się resztą.
Rozdział 3: Konfrontacja w starym ogrodzie
Wiatr niósł zapach zbliżającej się zimowej burzy. Szare niebo nad Konstancinem spowiło rezydencję ciężką, ołowianą mgłą.
Adrian Król biegł wąską, zarośniętą ścieżką prowadzącą ku dawnej szklarni na tyłach posiadłości. W déo ściskał torbę z gotówką, którą trzymał w skrypcie podziemnego korytarza, oraz zniszczony pilot do systemu przesyłania danych. Czuł adrenalinę pulsującą w skroniach. Wydawało mu się, że wygrał. Przez siedemnaście lat grał drugie skrzypce, ale teraz miał w rękach klucz do zniszczenia potęgi Radeckiego i przejęcia wszystkiego – rezydencji, pieniędzy, kontaktów.
Nagle drogę zablokował mu snop intensywnego światła.
Z ciemności mgły wyjechał czarny terenowy mercedes Wiktora. Reflektory oślepiły Adriana, zmuszając go do zasłonięcia oczu dłonią. Silnik wył na wysokich obrotach, a opony mielistego żwiru piszczały ostro. Samochód zatrzymał się zaledwie metr przed nim, blokując jedyną drogę ucieczki do lasu.
Drzwi auta otworzyły się z trzaskiem. Wiktor wysiadł powoli, nie spiesząc się nigdzie. Wiatr szarpał poły jego czarnego płaszcza. Nie miał w ręku broni – stawiała go w tej chwili potęga czegoś znacznie silniejszego niż stal.
— Koniec drogi, Adrian — powiedział Wiktor, zbliżándose powolnym, miarowym krokiem.
Adrian cofnął się o krok, potykając się o korzeń starego dębu. W jego oczach po raz pierwszy pojawił się cień prawdziwej, głębokiej paniki.
— Myślisz, że mnie zabijesz, Wiktorze? — zaśmiał się nerwowo, wyciągając przed siebie telefon i pilot. — Jeden przycisk. Jeden mały przycisk i całe twoje imperium legnie w gruzach. Prokuratura w Warszawie dostanie pliki za pięć sekund.
Wiktor zatrzymał się trzy kroki od niego. Patrzył na dawnego przyjaciela z zimnym, niemal naukowym spokojem.
— Próbowałem raz w życiu uciekać przed przeszłością, Adrian. Kiedy zginęła moja pierwsza żona, uwierzyłem ci, że to był wypadek. Przez lata żyłem z winą, myśląc, że to ja sprowadziłem na nią niebezpieczeństwo. A to ty byłeś tym wężem, który podłożył ogień.
Adrian zacisnął zęby.
— Ona chciała odejść! Chciała oddać dokumenty policji! Musiałem ją zatrzymać, tak jak musiałem zamknąć Martę w piwnicy! Robiłem to dla nas! Dla tego, co zbudowaliśmy!
— Ty nigdy niczego nie zbudowałeś — odpowiedział Wiktor głębokim, spokojnym głosem. — Ty tylko pasożytowałeś na cudzej krwi.
Zanim Adrian zdążył nacisnąć przycisk na pilocie, z boku, zza gęstych krzewów rododendronów, wyłonił się Dariusz. Szybkim, bezszelestnym ruchem profesjonalisty wylądował tuż za plecami Adriana. Metalowy kolb pistoletu uderzył z głuchym trzaskiem w tył jego głowy.
Adrian jęknął cicho, a pilot i torba z gotówką wypadły mu z bezwładnych rąk, lądując w zimnym błocie. Zanim zdążył upaść na kolana, Dariusz chwycił go za kołnierz i rzucił na maskę samochodu.
Wiktor podniósł z błota mały czarny pilot. Spojrzał na niego przez ułamek sekundy, po czym powoli, z satysfakcjonującym trudem, roztrzaskał urządzenie pod obcasem swojego skórzanego buta.
Rozdział 4: Powrót do domu
Dwie godziny później w rezydencji panowała cisza przerywana jedynie cichym szumem kominka w dużym salonie.
Policja i służby ratunkowe odjechały. Klaudia Bielska, która próbowała uciec taksówką tuż po wyjściu Adriana z podziemi, została zatrzymana przez patrol drogowy na rogatkach Warszawy. Jej udział w spisku i próbie przejęcia majątku został udokumentowany w nagraniach z domowych kamer, które Wiktor przejrzał jeszcze przed przyjazdem funkcjonariuszy.
Marta siedziała na szerokiej kanapie owinięta w ciepły, kaszmirowy koc. Na stoliku przed nią parował kubek gorącej herbaty z miodem i cytryną. Hania spała wtulona w jej kolana, z palcami wplecionymi w materiał swetra matki. Jej oddech był spokojny i miarowy – po raz pierwszy od trzech dni nie drgała przez sen.
Wiktor wszedł do salonu z tacą, na której stały dwie szklanki wody. Pomasował zmęczone skronie, po czym usiadł w fotelu naprzeciwko Marty.
Przez dłuższą chwilę żaden z nich nie odzywał się. W salonie słychać było tylko trzask palących się polan w kominku.