– Nazywa się to „zabezpieczeniem interesów”, tato – poprawiłam go drwiącym tonem. – Umowa, którą podpisaliście, kiedy przekazywałam wam te pieniądze na ratowanie waszego majątku w Vermont, zawierała klauzulę natychmiastowej wykonalności. W przypadku naruszenia warunków finansowych lub – uwaga, tu cytuję dosłownie – „rażącego naruszenia zaufania małżeńskiego i moralnego przez jednego z beneficjentów”, cała kwota staje się natychmiast wymagalna, a nieruchomość stanowiąca zabezpieczenie… przechodzi na własność wierzyciela.
Wyciągnęłam z teczki ostatni arkusz papieru. Oficjalny dokument z pieczęcią sądu stanowego w Nowym Jorku.
– Letnisko w Vermont jest od wczoraj moim wyłącznym majątkiem – powiedziałam miękko. – Złożyłam odpowiednie wnioski w księgach wieczystych przed pójściem do pracy. A jeśli chodzi o ten dom…
Rozejrzałam się po ścianach, po białych listwach przypodłogowych, po nowoczesnej kuchni, w której Julianne Parker miała pić rano kawę.
– Ten dom również nie należy do was. Formalny akt własności z lat 90. został na mnie przepisany przez babcię Dereka, Helen, w 2020 roku, kiedy leżała w szpitalu. Chciała mieć pewność, że jeśli z Derekiem coś pójdzie nie tak, dom nie zostanie roztrwoniony przez jego ojca. Zrobiliśmy wtedy darowiznę warunkową z prawem dożywotniego zamieszkania dla Marthy i Artura… ale uwaga – pod warunkiem, że w domu panuje zgoda, a małżeństwo ich wnuka jest stabilne i uczciwe.
Spojrzałam prosto w oczy Dereka, który wyglądał, jakby ktoś uderzył go obuchem w głowę.
– Dziesięć miesięcy romansu, drogi mężu. Dziesięć miesięcy zdradzania mnie w biurze, podczas gdy ja pracowałam po dwanaście godzin dziennie, żeby opłacać rachunki tej rodziny. W świetle prawa i podpisanych przez was dokumentów, to jest naruszenie warunków umowy. Wszyscy trzej – ty, mama i tata – musicie opuścić ten budynek w ciągu siedmiu dni.
Rozdział 3: Telefon od Julianne
Przez kilka minut nikt nie wydał z siebie żadnego dźwięku.
Cisza była tak gęsta, że można było ją kroić nożem. Martha płakała, siedząc na podłodze wśród rozsypanych kosmetyków, zupełnie zapominając o swojej godności. Arthur stał ze spuszczoną głową, wyglądając na dziesięć lat starszego niż jeszcze pół godziny temu.
A Derek? Derek powoli podszedł do stołu, oparł obie dłonie na blacie i wpatrywał się we mnie, jakbym była potworem, który wyszedł z najgorszego koszmaru.
– Ty to zaplanowałaś – wycedził, a ślina pryskała mu z ust. – Wiedziałaś o tym. Wiedziałaś o Julianne od dłuższego czasu i dlatego czekałaś, aż spłacę ten ostatni dług? Czekałaś, aż wpadnę w pułapkę?
Zaśmiałam się. Krótko, gorzko, bez cienia radości.
– Dereku, dowiedziałam się o Julianne zaledwie wczoraj, kiedy przez przypadek znalazłam w schowku twojego samochodu rachunek z romantycznej kolacji w restauracji na Manhattanie na kwotę 800 dolarów, zapłacony z karty, którą powinnam kontrolować. Wcześniej byłam po prostu ślepa, bo wierzyłam w przysięgę małżeńską. Ale kiedy odkryłam prawdę, po prostu zajrzałam do dokumentów, które i tak leżały w moim biurze. Nie musiałam niczego planować. Po prostu pozwoliłam wam wpaść we własne sidła.
W tym samym momencie w kieszeni marynarki Dereka rozległ się dźwięk dzwonka telefonu.
Dźwięk był głośny, radosny, wręcz bezczelny w tym napiętym wnętrzu. Derek drgnął, wyciągnął komórkę i spojrzał na wyświetlacz. Na jego twarzy pojawił się cień nadziei.
– To ona – szepnął, bardziej do siebie niż do nas.
Odbierz, pomyślałam. Odbierz i powiedz swojej kochance, że pałac, w którym planowała zamieszkać z widokiem na zielony ogród, właśnie zamienił się w fatamorganę.
Derek przesunął palcem po ekranie i przyłożył telefon do ucha. – Halo? Julianne? Słuchaj, mamy tu małą komplikację…
– Derek! – Głos z głośnika telefonu był tak głośny, że wszyscy w pokoju mogli go usłyszeć. Julianne brzmiała na wściekłą i przerażoną zarazem. – Co ty wyprawiasz?! Dlaczego firma przeprowadzkowa właśnie odwołała rezerwację na jutro rano? I dlaczego dostaliśmy powiadomienie z banku o zablokowaniu karty kredytowej na mieszkanie?!
Derek zaczerwienił się na twarzy. – Julianne, ciii, proszę cię, porozmawiamy o tym później, teraz nie czas…
– Jaki „nie czas”?! – wrzeszczała kobieta po drugiej stronie linii. – Przecież miałeś powiedzieć tej swojej żonie, żeby się wynosiła! Powiedziałeś, że dom jest twój, że wszystko jest załatwione! Mój tata zwolnił już magazyn na nasze meble! O co tu chodzi?!
– Chodzi o to, droga panienko Parker – wtrąciłam się, podchodząc bliżej telefonu i pochylając się nad nim, by mój głos był idealnie słyszalny przez mikrofon – że dom nie należy do Dereka. Należy do mnie. I jeśli nie chcesz spędzić jutrzejszego poranka na bruku, radzę ci skasować numer mojego męża ze swojej listy kontaktów, bo od jutra rano ten człowiek nie będzie miał nawet własnego konta bankowego, nie mówiąc o dachu nad głową.
W telefonie zapadła cisza. Trwała kilka sekund. Potem usłyszałam cichy, zszokowany szept: – O boże… i dźwięk rozłączanego połączenia.
Derek opuścił rękę z telefonem powoli, jakby ważył on sto kilogramów. Spojrzał na mnie oczami pełnymi czystego, niezfalowanego przerażenia.