– Nie trzeba, dziecko – uśmiechnąłem się, wyciągając z kieszeni kluczyki do starego, wysłużonego buicka, który stał na parkingu przed budynkiem. – Mój samochód jeździ lepiej niż większość dzisiejszych rekrutów.
Gdy szedłem ku wyjściu, dwustu żołnierzy wstało jak jeden mąż. Żadnego rozkazu nie trzeba było wydawać. Ich krzesła odsunęły się z głuchym zgrzytem, a w sali zapadła absolutna, pełna głębokiego respektu cisza. Szedłem powoli, czując na plecach ich spojrzenia – nie pełne drwiącej ciekawości jak kilka minut wcześniej, lecz przepełnione cichym, bezwarunkowym uznaniem.
Kiedy wsiadłem do samochodu i przekręciłem kluczyk w stacyjce, silnik zabulgotał głęboko, budząc się do życia. Spojrzałem w lusterko wsteczne na budynek dowództwa. Fort Campbell wciąż stał na swoim miejscu, silny i dumny. A ja, Quinn Braddock z Clarksville, wracałem do domu, wiedząc, że niezależnie od tego, jak bardzo zmieniają się czasy, pewne rzeczy – takie jak honor, odwaga i niezłomność ducha – nigdy nie wychodzą z mody.