pochyliłam się nad nią, poprawiając ramiączko jej szlafroka z gestem, którego nie wykonywałam od lat, od kiedy przestała być dzieckiem szukającym u mnie schronienia przed burzą.

— Powiedz mu prawdę, Simone — odparłam miękko, ale stanowczo. — Powiedz mu, że jego plan spalił na panewce. A potem zadecyduj, czy chcesz spędzić resztę życia z mężczyzną, który przelicza miłość twojej matki na metry kwadratowe, czy w końcu zacząć myśleć własną głową.

Odwróciłam się i ruszyłam ku drzwiom.

Gdy naciskałam klamkę, Simone zawołała cicho: — Mamo… przyjedziesz do kościoła? Będziesz w pierwszym rzędzie?

Zatrzymałam się na progu, spoglądając na nią przez ramię.

— Będę w pierwszym rzędzie, Simone. Przyszłam tu jako matka panny młodej i zamierzam doprowadzić ten dzień do końca z podniesioną głową. Ale zapamiętaj jedno: od dzisiaj gra toczy się na moich zasadach.

Wyszłam na korytarz, zamykając za sobą drzwi. Powietrze pachniało lakierem do włosów, białymi liliami i nadchodzącym popołudniem. Pociągnęłam mocniej za pasek mojego płaszcza — tego z lumpeksu, który wciąż pachniał cedrem i pamięcią o kimś, kto nigdy by mnie nie sprzedał.

Nadszedł czas, żeby wziąć głęboki oddech i wejść na tę salę.

Czy chciałabyś, abym pomogła Ci dopisać kolejne sceny tej historii — na przykład moment ceremonii w kościele, reakcję Trevora na wieść od Simone, albo dalsze losy Waszej relacji?