— Mojej mamusi nie ma już trzy dni.
Drżący głos zatrzymał Wiktora Radeckiego w połowie marmurowych schodów prowadzących do jego rezydencji pod Konstancinem.
Wracał z tygodniowych spotkań w Sopocie. Za nim stały dwa czarne samochody, a światła reflektorów przecinały zimny, szary świt. Uzbrojeni ochroniarze pilnowali wejścia. Asystent czekał z telefonem pełnym spraw, które rzekomo nie mogły wytrzymać kolejnej minuty.
Wiktor nie słyszał nikogo poza dziewczynką w pogniecionej żółtej koszuli nocnej.
Hania Krawiec uczepiła się rękawa jego płaszcza. Miała splątane włosy, bose stopy zaczerwienione od lodowatego kamienia i tak opuchnięte oczy, jakby od trzech nocy nie zmrużyła oka.
Wiktor przykucnął. Nie był człowiekiem, który często klękał. Ani w kościele, ani przed wrogami, ani przed ludźmi błagającymi go o litość. Hania jednak nie żądała kapitulacji.
Chciała jedynie, żeby ktoś jej uwierzył.
— Powiedz, co się stało.
— Mamusia zeszła na dół z panią Klaudią. Miały wybrać wino dla pana. Mamusia obiecała, że zaraz wróci.
Klaudia Bielska była narzeczoną Wiktora. Ich ślub zaplanowano za sześć tygodni.
— A potem?
— Pani Klaudia wróciła sama. Powiedziała, że mamusia pojechała do babci do Radomia.
— Może rzeczywiście musiała wyjechać.
Hania gwałtownie pokręciła głową.
— Nie. Mamusia zawsze mnie całuje. Nawet jak idzie tylko do sklepu. Tym razem nie pocałowała.
Marta Krawiec pracowała w rezydencji od trzech lat. Zarządzała personelem, pamiętała o alergiach gości i wiedziała, kiedy Wiktor potrzebował kawy, zanim zdążył jej zażądać. Nigdy nie zostawiła córki bez pożegnania. Nigdy też nie spóźniła się do pracy.
— Powiedziałaś komuś?
— Panu Adrianowi. Powiedział, że mamusia jest bezpieczna.
Wiktor spojrzał na frontowe drzwi.
Adrian Król był jego najbliższym doradcą od siedemnastu lat. Razem przeżyli strzelaniny, pogrzeby i wojny z konkurencyjnymi grupami. Adrian wyciągnął go z płonącego samochodu w noc, kiedy zginęła pierwsza żona Wiktora. Nie łączyła ich krew, ale Wiktor przez lata nazywał go bratem.
Hania ponownie pociągnęła go za rękaw.
— Słyszałam mamusię zeszłej nocy.
— Gdzie?
— Za drzwiami w piwnicy.
Wiktor znieruchomiał.
— Co słyszałaś?
— Pukanie. Bardzo wolne.
Wyprostował się.
— Dariusz, Maksym. Idziecie ze mną. Nikt nie opuszcza posesji.
Hania wsunęła małą dłoń w jego rękę. Wiktor nie kazał jej zostać na górze. Po trzech dniach ignorowania przez dorosłych zasłużyła, by sama wskazać drogę.
Przeszli zachodnim korytarzem i zeszli wąskimi żelaznymi schodami. Na dole znajdowały się stalowe drzwi do starej piwniczki.
Na zasuwie wisiała nowa mosiężna kłódka.
— Wiktor?
Adrian zszedł za nimi w białej koszuli z podwiniętymi rękawami. Wyglądał na zaniepokojonego, ale nie na zaskoczonego.
— Wróciłeś wcześniej. Co się dzieje?
Wiktor wskazał kłódkę.
— Kto ją założył?
— Klaudia. Bała się o kolekcję win. Zaakceptowałem to.
Hania przytuliła się do nogi Wiktora.
— Mamusia jest tam.
Adrian uśmiechnął się łagodnie i wyciągnął rękę w stronę dziecka.
— Haniu, przecież rozmawialiśmy. Twoja mama pojechała do babci.
Wiktor złapał go za nadgarstek, zanim dotknął dziewczynki.
Przez ułamek sekundy za oczami Adriana pojawiło się coś zimnego.
— Przetnijcie kłódkę — rozkazał Wiktor.
— Dziewczynka jest przemęczona. Niepotrzebnie ją straszysz.
— Przetnijcie.
Metal ustąpił przy drugim uderzeniu nożyc. Wiktor wyciągnął broń i otworzył drzwi.
Najpierw poczuł wilgoć, zepsute wino i odór ludzkiego cierpienia.
Marta leżała przy drewnianym regale ze związanymi z tyłu rękami. Jej usta były białe i popękane, ramiona pokrywały siniaki, a na rozdartej bluzce spoczywał srebrny wisiorek w kształcie ptaka.
— Marta.
Kiedy otworzyła oczy, spojrzała ponad ramieniem Wiktora.
— Hania?
Dziewczynka wyrwała się ochroniarzowi.
— Mamusiu!
Wiktor przeciął więzy i okrył Martę płaszczem. Wtedy w drzwiach stanął Adrian.
Marta zobaczyła go i zaczęła się cofać.
— To nie jest piwnica na wino — wyszeptała. — Za regałem jest przejście. A pod tym domem pochowali kobietę, która nosiła ten wisiorek przed śmiercią.
Wiktor znał srebrnego ptaka.